niedziela, 25 września 2016

Thomas

Imię: Thomas
Nazwisko: Sangster
Wiek: 19
Narodowość: Brytyjczyk
Płeć: mężczyzna
Charakter: To z pozoru pewny siebie i śmiało idący przed siebie chłopak. Ale pozory mylą, prawda? Mimo że wydaje się być twardy jak skała, to w środku jest bardzo kruchutki. Nie lubi jednak okazywać jakiejkolwiek słabości, więc nigdy się nie dowiesz, czy to co powiedziałeś go zraniło. Można powiedzieć, że to człowiek zagadka, ale każdą zagadkę da się rozwiązać. Z nim jednak nie będzie tak prosto, od razu mówię. Całą pracę nad rozgryzieniem chłopaka utrudnia jego wieczny uśmiech, którym maskuje wszystko, co czuje.
Jakaś jego malutka część pragnie miłości, pragnie ciepła, ale Thomas stara się każda taką myśl odpędzać. Nie chce, by ktoś kiedykolwiek przez niego cierpiał i tyle. Miałby po prostu te cholerne wyrzuty sumienia, których tak nienawidzi.
Ma dość cięty język, lecz jest przy tym niezwykle inteligentny. Jego rozmówca musi być na podobnym poziomie, w innym wypadku się nie dogadają, a przy tym Tommy zanudzi się na śmierć. Jest urodzonym perfekcjonistką. Zawsze wszystko ma dopięte na ostatni guzik.
Z natury nie jest oszustem, ale gdy musi kłamać, to to robi. A wychodzi mu to fenomenalnie, ponieważ jego gra aktorka znajduję się na bardzo wysokim poziomie. Niektórzy mogliby powiedzieć, że to człowiek renesansu, bo tak naprawdę dobry jest w bardzo wielu dziedzinach. Sam jednak tego nie dostrzega i bardzo nie lubi pochwał.
Rysopis: Thomas jest wysoki, ale bardzo szczupły. Wygląda na dużo młodszego, niż jest.
Jego blond włosy, mimo że układa je codziennie, zwykle są w nieładzie. Ma bardzo ciemne, duże oczy dodające mu hmmm...uroku.
Wyróżnia się nadzwyczajną zwinnością. Może to przez jego dlugie nogi.
Partner/ka *: Bardzo chciałby poznać kogoś interesującego.
Głos *: Thomas Sangster
Nr pokoju *: 153
Klub *: Lekcje gry aktorskiej
Poziom: 0
Koń *: -
Inne *:
-Kocha czytać książki.
-Potrafi grać na gitarze.
-Marzy o zagraniu w jakiejś dużej produkcji filmowej.
-Nie przepada za zwierzętami.
-Nigdy nie miał najlepszego przyjaciela.
-Choćby jadł codziennie tonę słodyczy, to i tak nie przytyje, co bardzo go denerwuje.
-Uwielbia frytki z McDonald's.
Nick: Kocica123876

Od Victora CD Annemarie

Niebo wyglądało tej nocy wyjątkowo pięknie. Nie było czyste, bowiem na czarnym, gwiaździstym nieboskłonie przesuwały się z wolna chmury, co jakiś czas pozwalając rzucić jasnemu księżycowi odbity blask na ziemię.
Pomysł z wyjściem na zewnątrz był... cóż, niecodzienny. Mrok okolicy otaczał wszystko dookoła w tym nas, jedynie światło wydostające się z okien przedpotopowego budynku nieco oświetlało fragment parku. Jednak z każdym krokiem oddalaliśmy się dalej.
Popatrzyła na mnie, myśląc co odpowiedzieć. Widząc jak jej delikatne usta poruszają się, próbując coś wydusić z siebie, jakąś sensowną odpowiedź, uśmiechnąłem się lekko.
-Masz coś do mojego sweterka?- zmrużyła oczy.
-Oczywiście, że nie. Jest bardzo... ładny- szukałem odpowiedniego słowa, odwracając głowę by za chwilę nie dostać bury, że nie potrafię znaleźć lepszych określeń.
-Mówiąc „ładny” masz na myśli, że wyglądam w nim jak cocker spaniel?- skrzyżowała ręce na piersi.
-Ależ skąd- wzruszyłem ramionami- Mówię, że bardzo ładny. Gdybym miał sam bym taki założył- zwyliżyłem usta językiem, ukrywając zawadiacki uśmiech.
-Kłamiesz...
-Mówię prawdę. Daj mi tylko jeden to założę i jeśli sobie zażyczysz to będę paradował w nim po całej akademii- posłałem jej zapewniające spojrzenie, unosząc do góry brwi.
-Zapamiętam- pokiwała głową.
Liście drzew zaszumiały pod wpływem chłodnego wiatru, który omiótł nasze sylwetki i delikatnie musnął moją, odkrytą szyję. Tym samym odwróciłem wzrok od dziewczyny i spojrzałem w dal, gdzie ciemność spowijała drzewa w parku. Staliśmy na zakręcie, prawdopodobnie tuż obok znajdowała się droga, na końcu której znajdowała się brama wjazdowa.
-Próbujesz znaleźć sobie obrońców przed tym światem. Po to ci są potrzebne dobermany- stwierdziłem, choć to miało zabrzmieć jak pytanie.
Dziewczyna odwróciła się w moją stronę, lustrując swoimi szarymi oczami mój wyraz twarzy. I choć gestem się nie zgadzała, to w jej oczach można było zauważyć wątpliwości. Posłałem jej uśmiech i wskazałem na budynek.
-Chyba musimy już wracać- chwyciłem Annemarie za ramiona i odwróciłem w stronę wejściowych drzwi budynku- Nie chcę byś się przeziębiła- poczułem lekkie drgania jej ciała po grubym swetrem.
Weszliśmy do środka po schodach. Obydwoje wolnym krokiem przemierzaliśmy ciemny korytarz. Nie chciało nam się spać, ale wiedzieliśmy, że musimy być w pokojach. Było późno.
Jednak powolny marsz przerwał nam skrzypiący odgłos drzwi, które energicznie się otworzyły. Pierwszym odruchem było wyciągnięcie ręki w kierunku Ann. Chwyciłem ją za dłoń i przyciągnąłem do siebie, tym samym robiąc dwa kroki w tył i kierując spojrzenie na osobę, która właśnie wychodziła z pokoju.
-Miałabyś pięknego guza na czole- posłałem zdezorientowanej dziewczynie uśmieszek aby się po raz kolejny w tym samym dniu nie denerwowała. Widać, że ma niesamowite szczęście.

Ann?

Ashton

Imię: Ashton
Nazwisko: Irwin
Wiek: 19
Narodowość: Australijczyk
Płeć: mężczyzna
Charakter: Zacznijmy od najważniejszej rzeczy. Ashton nigdy nie ujawnia tego, co czuję naprawdę, więc jeśli chciałbyś dowiedzieć się o nim nieco więcej, musisz go po prostu dobrze poznać.
Anioł uwięziony w świecie zwykłych śmiertelników? Tak, chyba tak można by go w skrócie opisać. Ashton jest osobą bardzo, naprawdę bardzo dobrą. Nie potrafi patrzeć na krzywdę innych ludzi, czy zwierząt. Stara się pomagać każdemu, choć nie zawsze go na to stać. Nigdy nie odmówi pomocy. Nieraz daje od siebie więcej niż może, przez co sam cierpi. Nie zraża go to jednak. Zawsze stara się być uśmiechnięty. Kocha też patrzeć na uśmiechy innych. To samo tyczy się wywoływania ich.
Gdy idziesz przed siebie po szarej ulicy, przepełnionej równie szarymi ludźmi i nagle dostrzeżesz młodego chłopaka, próbującego ratować cały świat swoim uśmiechem, możesz być pewien, że właśnie spotkałeś Ashtona.
Chłopak marzy o otworzeniu własnej działalności charytatywnej, choć wie, z jakimi kosztami to się wiąże.
Mimo że wydaje się być otwartą osobą, jest wręcz przeciwnie. Ashton nie przepada za bliższymi relacjami z ludźmi. Wystarczy mu, że ktoś powie mu "cześć", bliższego kontaktu naprawdę nie potrzebuje. A może po prostu nie chce?
Zdecydowanie jest typem samotnika, bo zwyczajnie boi się tego kontaktu. Nie wyobraża sobie tego. Kiedyś miał przyjaciela. Najlepszego przyjaciela. Niestety, "przyjaciel" po prostu wykorzystywał Ashtona.
Rysopis: Ashton jest wysoki, bo mierzy 185 cm. Odznacza się wysportowaną sylwetką, a zwłaszcza umięśnionymi rękami, które wyćwiczył podczas grania na perkusji. Jego dość długie, brązowe loki często opadają na twarz w "artystycznym nieładzie". Czasami można zauważyć u niego lekki zarost, ale Ash nie planuje zapuszczać jakiejś brody, czy wąsów. Oczy chłopaka mają piękny, orzechowy kolor. Kiedyś jego kuzynka powiedziała mu, że potrafią hipnotyzować, ale Ashton w to nie wierzy. Oczy jak oczy.
Dziwnym znakiem rozpoznawczym chłopaka są duże dłonie.
Partner/ka *: Boi się jakiegokolwiek związku.
Głos *: Ashton Irwin
Nr pokoju *: 138
Klub *: -
Poziom: 1
Koń *: -
Inne *:
-Kocha grać na perkusji i wychodzi mu to całkiem nieźle.
-Chciałby dołączyć do jakiegoś świetnego zespołu jako perkusista.
-Uwielbia spaghetii.
-Nie lubi oliwek.
-Boi się ciemności.
-Jego szczęśliwą liczbą jest 18.
-Lubi ciężką muzykę.
Nick: Kocica123876

Od Katherine CD Flynna

Skończyłam głaskać wszystkie konie i wyszłam ze stajni kierując się w stronę budynku Uniwersytetu. Byłam bardzo głodna i niecierpliwie spoglądałam na zegarek. Została jeszcze godzina do obiadokolacji. Postanowiłam pójść do swojego pokoju i zacząć się rozpakowywać. W szybkim tempie pokonałam schody, potykając się o ostatni stopień. Runęłam na twardą podłogę. Wstałam niezdarnie. Zdarłam sobie łokcie i krew spływała powoli po moich rękach. Podwinęłam nogawki spodni, żeby sprawdzić czy kolana też są zdarte. Były. Syknęłam z bólu. Głupie schody. Krew niezwykle szybko zastygła, a jeszcze szybciej przestałam odczuwać ból, więc w końcu poszłam do pokoju, aby zaraz pójść na obiadokolację zapominając o ranach. Po drodze do kawiarni mój wzrok przykuwały roślinki, które wcale nie wyglądały na podlane. Weszłam do kawiarni i odszukałam wzrokiem Flynna. Siedział sam przy jednym ze stolików.
-Hej, jak poszło podlewanie roślinek?-spytałam kładąc łokcie umazane zaschniętą krwią na stoliku.

<Flynn?>

Od Annemarie CD Victora

Zapomnij, zapomnij, że widział cię całkiem nagusieńką, powtarzałam sobie. W pośpiechu ubrałam na siebie rozciągnięty, dziergany sweter, z którym prawie nigdy się nie rozstawałam, bo należałam do ludzi, potrafiących chodzić w swetrach nawet latem.
- Wyjdziemy na dwór? - Żałośnie próbowałam ucieczki.
Dusiłam się w sypialni, musiałam wyzbyć się wstrętnego wstydu. Victor rzucił oknu powątpiewające spojrzenie. Na zewnątrz było ciemno jak diabli, i to mi odpowiadało.
- Skoro chcesz - westchnął i oparł się o ścianę z wymuszoną swobodą.
Chwilę przyglądał mi się spod zmrużonych powiek, gdy moje oczy błądziły po nie tak bardzo zagraconym pokoju, szukając wełnianego szalika. Zanim odnalazłam chustkę, pochylił się nad biurkiem. Stanęłam obok Victora, czując bezpieczne ciepło jego ciała, ale nie odsunęłam się, bo cudownie pachniał. Miałam nieodpartą ochotę się w niego wtulić. Zamiast tego jednak postukałam koniuszkiem palca w otwartą encyklopedię ras psów.
- Chciałabym mieć kiedyś dwa dobermany - wyrzuciłam z siebie bez namysłu.
W zadumie opuszkiem pogładziłam zdjęcie psa, jakby nie była to tylko zimna ilustracja w książce. Myślał może minutę i podszedł do drzwi.
- Idziemy? - zapytał zaczepnym tonem.
Uśmiechnął się tak rozbrajająco, że zaparło mi dech. Powinnam się opamiętać, ale onieśmielona spuściłam oczy i po prostu wyszłam na korytarz. Jesień pożerała dzień coraz natarczywiej. Chłodny wiatr powiał nad okolicą, poruszył liście i pnącza, aż wreszcie cały cienisty, pachnący dymem park, wszystkie trawy rozszumiały się.
- Słyszałaś, że ludzie zwykle wyglądają podobnie do swoich psów? - zagadnął znienacka.
Jego oczy błyszczały jak mroźne, wygwieżdżone niebo.
- Tak... więc? - Zerknęłam na niego niepewnie.
- Więc chcesz mieć dwa dobermany - pochylił się, a jego ciepławy oddech owiał mój policzek - a wyglądasz jak cocker spaniel.

Vic?

Od Judith

W końcu nadszedł ten upragniony dzień, poprzedzony miesiącami przygotowań, żeby wszystko było dopięte na ostatni guzik. Wyjazd do akademii znajdującej się w Wielkiej Brytanii. Trochę daleko od moich rodzinnych Stanów, ale czego się nie robi dla pasji! Może to dobrze mi zrobi? Pobyt wśród natury, koni i określonej grupy osób, z dala od tego miejskiego hałasu. Co prawda konie też za ciche nie są, ale wolę ich rżenie niż głośne klaksony aut stojących w korku. Wyjazd na lotnisko miałam już z samego rana, a rzeczy zapakowane dzień wcześniej do pojemnego bagażnika rodzinnego samochodu. Pobudkę miałam o czwartej rano. Rzadko kiedy spałam do późnej godziny, więc wstanie o tak wczesnej porze nie sprawiło mi zbyt wielkiego kłopotu. Byłam niesamowicie podekscytowana. Ubranie się, ogarnięcie bagażu podręcznego, śniadanie i w drogę. Wszystko szło w małym pośpiechu, jednak nie widać było z tego powodu, żeby ktoś był zdenerwowany. Jakiś czas później całą czwórką byliśmy na miejscu. Najpierw pożegnałam się ze starszym bratem, Carl’em, którego będzie mi bardzo brakować. Potem tata życzył mi powodzenia starając się opanować emocje, z trudem mu się to udawało. Na koniec została mama, która zdążyła się już rozkleić. Sama uroniłam kilka łez, co jest u mnie rzadko spotykanym widokiem. Potem dzielnie, z podniesioną głową, ruszyłam w stronę wejścia na pokład samolotu. Przygodo witaj!
~*~
Podczas długiego lotu zdążyłam przesłuchać całą playlistę, która swoją drogą była całkiem długa, i przeczytać dwie książki. Gdy już nie miałam czym się zająć, obserwowałam pasażerów. Wśród nich było kilka osób starszych, młodszych, dzieci i biznesmenów. Duża część osób spała lub wpatrywała się w okno. Dzieci zaś były zajęte graniem w gry na telefonie rodziców czy też oglądanie bajek. Ja zaś pogrążyłam się we własnych myślach, jak będzie, gdy już dotrę na miejsce. Przy okazji również skupiłam się na widoku za oknem. Migające chmury i ocean, a na nim kompletna pustka. Jakby nie było już nic, wszystko zniknęło. Po dłuższym czasie stało się to dosyć usypiające, więc bez wahania oddałam się w ramiona morfeusza.
~*~
Po długiej drzemce, regeneracji sił, obudził mnie głos stewardess, że jesteśmy na miejscu. Przetarłam leniwie oczy, rozciągając się jeszcze przy okazji. Faktycznie. Za oknem nie panowała już pustka. Plątało się za to pełno wózków, ludzi, samolotów i innych maszyn. Teraz kolejna długa droga.
~*~
Po czterech dniach byłam w końcu na miejscu. Jednak zmęczenie dawało mi o sobie nie miłosiernie, a był już wieczór. Przez które przejeżdżaliśmy wyglądało jak z innej epoki. Gdy dojechaliśmy do budynku Akademii, była chyba pora kolacji. Nikt raczej nie plątał się przy pokojach, więc na spokojnie mogłam zawlec swoje rzeczy do pokoju. Zaniesienie walizek i paru innych kartonów zajęło mi jakieś pół godziny. Resztkami sił biegałam w tą i z powrotem, byleby tylko mieć to już za sobą. Rzuciłam się na, o dziwo, wygodne łóżko i bym już spała, gdyby mój żołądek nie domagał się jedzenia. Z trudem podniosłam się, uprzedzając tą czynność jękiem bólu i rozpaczy, że muszę się jeszcze dzisiaj gdziekolwiek ruszać. Odnajdując plan budynku zorientowałam się, gdzie znajdę stołówkę. Człapałam tam, podtrzymując się trochę ściany. Kilka minut później stałam przed podwójnymi drzwiami. Nie było już tak głośno, chyba się już porozchodzili. Delikatnie je uchyliłam, wślizgując się do środka. Zgarnęłam kilka kanapek, czym prędzej udając się do ‘bunkru’, by tam w spokoju zaspokoić głód. Wzięłam jeszcze szybki prysznic i mogłam w końcu odpłynąć.
Następnego dnia obudziłam się dosyć wcześnie, jako że wczorajszego wieczora położyłam się wcześniej spać. Pierwszy widok, jaki zastałam po otwarciu oczu, to multum rzeczy stojących na środku pokoju i czekających na rozpakowanie. Westchnęłam cicho i machnęłam na nie jedynie ręką. Dobrze, że zdążyłam się już przestawić z godzinami, inaczej miałabym mały problem. Ubrałam jakieś cieplejsze dresy, bluza i zrobiłam małą rozgrzewkę. Nie znałam jeszcze okolicy, ale miałam nadzieję, że uda mi się nie zgubić już pierwszego dnia tutaj. Słońce dopiero co wschodziło, a wszędzie wokół panowała cisza. Dodatkowo nad trawą unosiła się jeszcze mgła. Widok po prostu nieziemski. Dzisiaj moja trasa nie należała do długich. Oddaliłam się tylko do tego momentu, do którego będę widzieć budynek akademii. Jednak, żeby sobie to jakoś zrekompensować, postanowiłam skorzystać z okazji, że konie nie zostały jeszcze wypuszczone i przejść się po padoku. Jak to wczesną porą - było chłodno, ale jakoś za bardzo mi to nie przeszkadzało. Usiadłam więc gdzieś pod płotem, opierając się o niego plecami i przymykając oczy, chcąc napawać tą piękną porą. Można by rzec, że wręcz wyłączyłam się, skupiając na budzącej naturze. Zignorowałam kompletnie fakt, że ktoś mógłby tu teraz przyjść i patrzyć na mnie jak na jakąś nienormalną. Jednak czy mnie to obchodziło? W sumie od zawsze nie za bardzo przejmowałam się opinią ludzi na mój temat. Otworzyłam więc delikatnie oczy, słysząc czyjeś kroki zbliżające się w moją stronę. Po chwili, odrobinę za mną, pojawił się jakiś chłopak. Przynajmniej tyle udało mi się dostrzec kątem oka. Odezwać się, czy milczeć dalej? Wstać i odejść czy może dołączyć do niego? Chociaż może gdyby pragnął rozmowy, sam by ją zaczął? Albo się krępował? Miliardy pytań tego typu plątały się po mojej głowie. Nie! Stop! Za dużo tego! Trzeba podejść do tego wszystkiego na luzie. Już nawet byłam gotowa zacząć tą rozmowę, ale nic sensownego nie przychodziło mi do głowy. Czy zwykłe ‘hej’ wystarczy? Nie, to chyba zarezerwowane do chociażby znajomych, a ja nawet nie znam jego imienia. ‘Uczysz się tutaj?’ też głupie pytanie. To tak jakby spytać… Nie, nawet coś takiego nie przychodziło mi do głowy. Zrezygnowałam z małym bólem serca z podjęcia jakiejkolwiek próby rozmowy co wcale nie oznaczało, że nie chcę rozmawiać.

<Harry?>

Od Harrego CD Annemarie

-Ładnie pachniesz, wiesz? - mruknąłem cicho do jej ucha. Ciało Anne spięło się, poczułem jak zaciska dłonie na moich barkach. Poruszaliśmy się po parkiecie, krążąc w rytm muzyki, wśród par. Sam zamknąłem na chwilę oczy i pozwoliłem oddać się tańcu. Głowa dziewczyny wciąż spoczywała na mojej piersi, czułem jak jej aksamitne włosy gligoczą moją klatkę. - Wybaczysz mi na chwilę?
Blondynka uniosła głowę i spojrzała mi w oczy. Poczułem jak przez moje ciało przepływa ładunek elektryczny. Wzdrygnąłem się i przymrużyłem oczy. Znałem to uczucie doskonale. Zdejmując dłonie z talii Annemarie, przeprosiłem dziewczynę jeszcze raz, po czym wyszedłem z pomieszczenia. Trzasnąłem drzwiami, które zaskrzypiały głośno na zawiasach. Westchnąłem przeciągle, po czym wyjąłem drżącymi rękoma, telefon z kieszeni spodni. Z małymi kłopotami, kliknąłem ikonkę 'Galeria'. Nie musiałem długo przewijać. Przez przypadek włączyłem powiększenie. Teraz na cały ekran zajmowało zdjęcie długonogiej blondynki, w różowej, tiulowej, sukni do połowy uda, na srebrnych szpilkach, całującą mnie ceremonialnie w usta, które mam wykrzywione w uśmiechu. Rzuciłem komórką na ławkę, która stała na korytarzu. Nie przejmowałem się czy zbiła się czy nie. Rękoma przeczesałem włosy i przetarłem oczy nie odrywając wzroku od obudowy mojego smartwona. Miałem ogromną ochotę na papierosa. Puls przyśpieszył mi znacznie. Byłem rozzłoszczony i zrozpaczony za razem. Nie nosiłem ze sobą lekarstw na serce. Uważałem, że to śmieszne, nie jestem żadnym dziadkiem, żeby nosić saszetkę pełną proszków. Jedyne, co przy sobie miałem i co mogłem uznać za lek, były fajki. Drżącymi rękoma wyjąłem jednego szluga z paczki, który wypadł mi na podłogę, przez moje nagłe ruchy dłońmi.
-Cholera...-warknąłem schylając się. Wtedy poczułem mocne ukłucie w piersi i zastygłem przez chwilę w tej dziwnej pozycji, w jakiej się znajdowałem. Przed oczami zaczęło mi się mroczyć. Chcąc wycofać się na siedzenie, zahaczyłem butem o dywan, który wykładał podłogę w całym gmachu, i poleciałem jak długi na plecy. Wywołało to okropny hałas. Krzyknąłem cicho, a raczej wypuściłem powietrze z płuc z świtem. Nie mogłem zaczerpnąć oddechu, zupełnie nic nie widziałem, a serce biło mi jak szalone.


<Anne? Kto mi przyjdzie na ratunek? hahaha>