niedziela, 11 września 2016

Od Harrego CD Annemarie

Dziewczyna, którą jeszcze kilka godzin temu spotkałem na korytarzu, kiedy to mój szofer John, przewrócił walizkę na schody i postawił cały akademik na nogi, patrzyła niechętnie w moją stronę. Przekręciłem kluczyk w drzwiach i schowałem go do kieszeni jeansów. Ona jednak nadal stała przy wejściu do swojego pokoju obserwując mnie. Pomachałem ręką w jej kierunku, chociaż pewnie wyglądało to jakbym próbował przegonić muchę latającą koło mojego ucha.
- Dzień dobry. - uśmiechnąłem się grzecznie i podszedłem w jej kierunku
- Cześć, jak się spało? - nie jestem pewny, ale wyczułem w jej głosie ironię
- Dobrze, dziękuję. Jeszcze raz przepraszam, za to zachowanie w nocy. - odparłem drapiąc się po głowie. - Trochę niegrzecznie się zachowałem, Harry Williams. Powinienem przedstawić się już wcześniej.
Wyciągnąłem rękę kierunku nieznajomej, która niepewnie ją uścisnęła. Zmierzyła mnie wzrokiem, zatrzymując spojrzenie na mojej dłoni. Odruchowo schowałem ją za plecy. Zapomniałem na śmierć o sygnecie.
- Ładny pierścionek. - zachichotała wymijając mnie i idąc do schodów - Jeżeli masz ochotę na śniadanie to radzę ci się pośpieszyć, bo zaraz nic z niego nie zostanie.


<Annemarie>

Od Natalie CD Annemarie

Obudziłam się w środku nocy. Dokładnie o godzinie drugiej dokończyłam swoje wypracowanie popijając kawę. Udało mi się zasnąć dopiero o czwartej nad ranem, by się wybudzić dwie godziny później. Spakowałam skrawek papieru, zostawiając książkę na stole, po czym się ogarnęłam. O godzinie siódmej, może trochę później poszłam do stołówki. Tam zrobiłam sobie kawę oraz zrobiłam jedną kanapkę z jakimś dżemem. Większość uczniów podobnie jak ja była nie wyspana, niektórzy to nawet spali na stołach. Zapewne oni także męczyli się do nocy z tych cholernym wypracowaniem, przynajmniej tak zgaduje. Druga szklanka kawy postawiła mnie na nogi i udało mi się już nie zasypiać na dłoni. Spokojnie zajadałam się drugą kanapką, siedząc sama przy stoliku trzy osobowym, gdzieś w kącie. Do czasu, gdy nagle dosiadła się do mnie jakaś osoba witając się. Podniosłam wzrok na ziewającą postać. Okazała się nią tamta blondynka.
- Cześć - rzekłam krótko i ugryzłam kanapkę, popijając kawą. Ona zaś otarta swoje oczy ze zmęczenia i wypiła to, co miała w kubku.
- Przydała się książka? - zapytała. Spojrzałam na nią kątem oka, po czym kiwnęłam twierdząco głową. Siedziałyśmy potem w ciszy. Ja nie miałam ochoty na rozmowy, a dziewczyna być może była zmęczona, albo dała sobie na razie ze mną spokój. Oby to drugie, nie zaciekawiła mnie w żaden sposób, tak więc miałam ochotę jak najszybciej stąd zniknąć. Jednak gdy zjadłam kanapkę, dolałam sobie jeszcze kawy i powróciłam na swoje miejsce. - Lubisz kawę? - banalne pytanie, ale jednak je zadała. Trzymałam szklankę w taki sposób, jakbym się nią ogrzewała. Wypiłam łyk i oparłam się o siedzenie, bujając się do tyłu.
- Ponoć jestem uzależniona - wzruszyłam ramionami zamykając oczy i oddając się smakowi kawy.

<Annemaria?>

Od Katherine

-Cześć, piesku-pożegnałam się z moim kundlem, drapiąc go po kudłatej głowie.
-A z nami to już się nie pożegnasz?-spytała jedna z moich młodszych sióstr.
Uściskałam ją w odpowiedzi, tak jak resztę rodzeństwa i mamę.
-Kat, wsiadaj już!-zawołał tata siedzący w aucie.
Odwróciłam się jeszcze i posłałam babci ciepły uśmiech, po czym zajęłam miejsce na przednim siedzeniu.
-Cześć, kocham was!-zawołałam do rodziny.
Położyłam głowę na oparciu i mimowolnie zapadłam w sen. Nie mam pojęcia ile trwała podróż. Całą przespałam. Obudziłam się już na miejscu i wysiadłam z auta. Tata wyjął z bagażnika moją walizkę.
-Dasz sobie już radę sama?-zapytał.
-Jasne.
-Powodzenia, Kat. Kocham cię.
-Ja ciebie też.-przytuliłam go.
Uśmiechnięta zaczęłam ciągnąć walizkę w stronę budynku, który wyglądał na budynek uniwersytetu. Weszłam do środka.
-Katherine Littleliar?-usłyszałam kobiecy głos.
-Tak, to ja-odwróciłam się do starszej pani.
-Pokój 151 na pierwszym piętrze.-wręczyła mi klucz.
Zaniosłam walizkę do pokoju i postanowiłam znaleźć stajnię. Zeszłam na dół.
-Cześć, jestem Kat. Wiesz, gdzie jest stajnia?-spytałam jakiegoś chłopaka.-Ale jesteś wysoki.-dodałam unosząc głowę.

<Flynn?>

Od Annemarie CD Harrego

Książka kucharska wypadła mi z dłoni, zderzając się z gładką powierzchnią podłogi, gdy moich uszu dobiegł niepokojący hałas. Ktoś był na korytarzu. Rzuciłam okiem na stojący na stoliku nocnym zegarek, było po północy. Odłożyłam tom, który dotąd czytałam tak namiętnie i rękoma delikatnie wsparłam się o oparcie staromodnego fotela, stojącego w kącie mojego pokoju. Tym razem ledwo słyszalnie rozległy się kroki na schodach, które zdradzały niezapowiedzianych gości przeciągłym skrzypieniem. Nigdy przedtem nie zdarzyło się, aby jacyś ludzie urządzali sobie tu nocne wędrówki, więc z dość spontaniczną ciekawością, wyjrzałam na zewnątrz. Ze stolika schwyciłam palącą się lampę naftową, która gdy wyszyłam zza drzwi, rzucała mdłe światło na ściany. Ale przynajmniej widziałam dokąd idę, bo cały budynek otulił gęsty mrok. Raptem znieruchomiałam na szczycie klatki schodowej, o mało nie wpadając na dwie tajemnicze postacie. Wciągnęłam powietrze do płuc i zatrzymałam je tam na dłuższą chwilę.
- Przepraszam, to moja wina - Usłyszałam lekko drżący, zmęczony i niewątpliwie męski głos gdzieś z głębi schodów.
Uniosłam jedyne źródło światła, które miękko zarysowało niewyraźne kontury twarzy pary osób. Cofnęłam się wgłąb pomieszczenia, aby domniemani goście mogli wejść na piętro.
- Może mogłabym pomóc? - zaoferowałam się, słysząc jak mężczyzna szarpie się z bagażami.
- Nie ma takiej potrzeby, dziękujemy - Drugi głos był lodowato uprzejmy, wydawał się należeć do kogoś młodszego niż pierwszy jegomość.
Chłopak minął mnie, ale zaraz zatrzymał się w półkroku, jakby coś sobie przypomniał.
- Wiesz może gdzie znajdę pokój nr 140? - odezwał się ponownie, chyba zwracając twarz w moją stronę.
- Prosto tak jak już idziesz, czwarte drzwi na lewo - odpowiedziałam niedługo po jego słowach.
- Dziękuję.
Obaj ruszyli korytarzem, aż dźwięk ich kroków urwał się nagle, gdy stanęli pod wskazanymi przeze mnie drzwiami. Ziewnęłam, nie zatykając ust dłonią, po czym mimowiednie wróciłam do swojego łóżka.

Uchyliłam powieki, przykrywając się kwiecistą kołdrą aż po nos, kiedy na moje czoło padł promień wschodzącego słońca. Jęknęłam, bo uświadomiłam sobie ile czasu pozostało do śniadania. Niewiele. Tak jak co dzień ogarnęłam twarz, po czym narzuciłam na siebie za duży, wełniany sweter. Wiedziona zapachem owocowych konfitur, świeżego pieczywa i kakaa, przekręciłam miedziany kluczyk w zamku i... podtrzymałam spojrzenie niezbicie nowego chłopaka. Również wychodził ze swojego pokoju. Pokoju nr 140.

Harry?

Od Harrego

Z Glasgow do miejscowości w Walii, gdzie położona jest akademia jest zaledwie 8 godzin jazdy. Moja trwała dwa razy tyle. A wszystko przez to, że źle znoszę jadę i muszę robić częste postoje. Szofer, który dostał od mojego ojca specjalną delegację, by odwieźć mnie całego i zdrowego na miejsce był najgorszym kierowcą jakiego świat widział na oczy. Auta za nami, co chwila trąbiły nie pozwalając mi się zdrzemnąć, a brak snu, działał na mnie jak płachta na byka. Kiedy w końcu dojechaliśmy na miejsce, wyglądałem jakbym to ja prowadził ten cholerny samochód przez 16 godzin. John, tak się nazywał się ten biedak, który nie rozróżniał pedałów i mylił hamulec ręczny ze skrzynią biegów, wyjął moje walizki z bagażnika. Chciałem je wziąć i udać się w kierunku wejścia, które było wyjątkowo jasne oświetlone.
- Ja je wezmę,panicz nie może nic dźwigać. - odparł zabierając mi je sprzed nosa. Westchnąłem i udałem się za nim do budynku. Pozwoliłem sobie otworzyć nam drzwi, za którymi ku mojemu zaskoczeniu panował mrok. - Chyba się panicza nie spodziewali dzisiaj, bynajmniej nie o tej porze...
Weszliśmy do środka.Spojrzałem na zegarek, był kwadrans po północy. Wszyscy musieli już pójść spać, bo w pomieszczeniu, które było ogromnym holem, wyjątkowo czystym i urządzonym w eleganckim stylu, panowała zupełna cisza. Nagle z moich obserwacji wyrwał mnie cichy głos dobiegający z końca korytarza.
-Kto tam? - rozległo się echo
- Williams, mieliśmy być wcześniej, ale... - zmrużyłem oczy, bo starsza kobieta zapaliła światło - Przepraszam, kim pani jest?
- Gosposią. Poczekaj chwilę, mam u siebie klucz do twojego pokoju, przepraszam - zniknęła za rogiem, ale zaraz wróciła - Proszę 140, pierwsze piętro.
Kiwnąłem głową i spojrzałem na Johna, który ponownie łapał się za bagaże. Mruknąłem 'Ostrożnie.', bo światło, które paliło się na dole, właśnie zgasło. Po omacku wdrapaliśmy się po schodach. W panujących tutaj egipskich ciemnościach postanowiłem znaleźć włącznik światła by odnaleźć właściwe drzwi, jednak w tym momencie usłyszałem okropny grzechot i stukot, na tyle głośny, że na pewno obudził cały akademik. Obróciłem się i stanąłem twarzą do szofera.
- Przepraszam, paniczu, już ją podnoszę.
- John, proszę cię, jestem już zmęczony...
-Ja również i bardzo chciałabym zasnąć.... - usłyszałem zza pleców

<Annemarie>

Harry

Imię: Harry Caleb Zachary
Nazwisko: Williams
Wiek: 17
Narodowość: Brytyjczyk
Płeć: mężczyzna
Charakter: Dorosły mężczyzna zamknięty w ciele nastolatka - tyle naprawdę wystarczy, by go opisać. Oprócz tego charakteryzuje się dużą powagą i odwagą. Często ofiarowuje pomoc, ale umie powiedzieć nie. Nie ocenia ludzi po ich wyglądzie czy sposobie bycia. Po części jest samotnikiem, co spowodowane jest przez jego chorobę. Jest cierpliwy, jednak do czasu. Kiedy wybucha wpada w furię, niszcząc wszystko, co zastanie na drodze. Nie toleruje jednak przemocy fizycznej i psychicznej, brzydzi się tym. Bywa dowcipnisiem, łobuzem, romantykiem. Ma swoje humorki i przyzwyczajenia. Nie lubi jak ktoś wtrąca się w jego sprawy lub próbuje go kontrolować. Rzadko opowiada o sobie, Nienawidzi jak ludzie patrzą na niego z litością, mówiąc często 'A taki ładny z chłopak,szkoda, że chory'. Potrafi zamknąć się w sobie, co bywa dla niego niebezpieczne.
Rysopis: Harry jest wysokim, szczupłym chłopakiem.Jego całe ciało pokrywają piegi i pieprzyki. Ma gęste, lśniące brązowe włosy. Jego największym atutem są duże, szare, kocie, jednak zazwyczaj smutne, ukryte za długim rzęsami oraz śnieżnobiały uśmiech, który zauroczył już niejedną dziewczynę. Klatka piersiowa, której nigdy nie odkrywa, pokryta jest wieloma bliznami po operacjach.
Partner/ka: -
Głos: Sam Claflin
Nr pokoju: 140
Klub: III
Poziom: Z powodu zaburzenia pracy serca nie bierze udziału w zajęciach jazdy konnej.
Koń: -
Inne:
- Nałogowo pali papierosy.
- Jest weganem od 15 roku życia.
- Wypija dziennie 4 filiżanki kawy.
- Nie lubi słodyczy i napoi słodzonych.
- Boi się zwierząt.
- Nigdy nie zdejmuje koszulki w miejscach publicznych, ani w towarzystwie osób trzecich.
Nick: Stars_01

Od Annemarie CD Natalie

Niebywale szybko jak na siebie przywykłam do ignorancji ze strony Natalie. Nie będzie jej na kolacji, to nic nowego. Przypomniałam sobie, że względnie przecież rzadko widuję ją na posiłkach. Czym ta dziewczyna się żywi? Pokręciłam lekko głową i lżejsza o grubą książkę, którą podarowałam Amerykance, wymaszerowałam z biblioteki, uprzednio żegnając się uprzejmie z kobietą siedzącą za biurkiem większym niż pozostałe. Nigdy nie przepadałam za czytaniem, o wiele lepiej czułam się z fartuchem i garnkiem przy boku. Moje nieosłonięte rękawem ramiona owiał zimny podmuch wiatru, który dostał się na korytarz przez otwarte drzwi wejściowe. Sennie wdrapałam się po schodach na piętro, gdzie mieściły się sypialnie.

- Dosypałaś cukru? - Gosposia energicznym ruchem odsunęła mnie od metalowego gara i nachyliła się nad jego zawartością.
- Tak, 4 szklanki - odparłam szybciutko, wycierając dłonie o bawełniany fartuch w szkocką kratę.
Isabelle pochwyciła opakowanie cukru i przechyliła je nad bulgoczącym przetworem, kompletnie ignorując moje słowa. Nigdy nie przegapiłabym możliwości pokrzątania się po kuchni, nawet jeśli wiązało się to z nienaturalnie wczesną pobudką. Powstrzymałam ziewnięcie, przyglądając się poczynaniom starszej kobiety. Zamieszała w garnku, po czym bez ostrzeżenia wepchnęła mi drewnianą łyżkę śliwkowych konfitur do ust.
- I jak? - Uśmiechnęła się zachęcająco, kiedy mlaszcząc, smakowałam powidła.
Słodycz zalepiła mi buzię, więc tylko z uznaniem pokiwałam głową i poklepałam się po brzuchu.
- No, muszę zacząć roznosić śniadanie, bo dzieciaki zaraz będą się schodzić - Ton, jakiego użyła, sugerował, że gosposia rzeczywiście czerpała radość ze swojej pracy.
Uniosłam delikatnie kąciki ust, bo to było... urocze. Kobieta pośpiesznie wyniosła z kuchni parujący dzbanek herbaty i koszyk z białym pieczywem. Odwiesiłam pożyczony fartuszek na haczyk i żeby nie przeszkadzać starszej pani, udałam się do kawiarni, gdzie martwą ciszę powoli wypierały rozmowy pierwszych uczniów. Bez pośpiechu przesunęłam wzrokiem po nieznajomych twarzach, które oględnie mówiąc kojarzyłam tylko z widzenia i nagle zamarłam, ujrzawszy odwróconą do mnie tyłem blondynkę. Z któregoś stołu zwinęłam herbatę i bez zaproszenia dosiadłam się do niemal nadal śpiącej Natalie.
- Dzień dobry - zagabnęłam, śmiało zaglądając jej w oczy.
Otoczyłam dłońmi kubek letniej herbaty i ziewnęłam niewyspana.

Natalie?