Uśmiechnęłam się promiennie w odpowiedzi. Ruszyłam w stronę wejścia do stajni, aby po chwili zorientować się, że Flynn nie idzie za mną.
-Idziesz?-zapytałam.
-Nie, ja tu zostanę.
-To... Cześć.-weszłam do budynku.
Od razu uderzył mnie zapach końskiego potu i siana. Odetchnęłam rozkoszując się nim. Z pierwszego boksu wyglądała końska głowa. Podeszłam do gniadosza i zaczęłam go głaskać po aksamitnym pysku. Trącił mnie w poszukiwaniu jakichś smakołyków. Zachichotałam.
-Nie mam nic dla ciebie!
Z końca stajni dało się słyszeć radosne rżenie. Uśmiechnęłam się na ten dźwięk. Jak ja dawno go nie słyszałam! Gdy zaczęłam głaskać łaciatego konia, za mną rozległo się kichnięcie. Odwróciłam się. Flynn, we własnej osobie.
-O, a jednak przyszedłeś?
-No, tak.
-Chciałabym jeździć na tym.-pokazałam skinieniem głowy konia.-Albo na tamtym. Albo tamtym... A nie wiem, chcę jeździć na wszystkich!
Byłam taka szczęśliwa, że nawet nie zauważyłam, że podskakuję radośnie w miejscu. Flynn patrzył na mnie unosząc brew. Zmusiłam moje nogi, żeby przestały odrywać się od ziemi.
-A który koń jest twoim ulubionym?-spytałam chłopaka chcąc żeby zapomniał o moim podskakiwaniu.
<Flynn?>
sobota, 17 września 2016
Tożsamość#1
To zaczynamy. Ugryziemy w dupę pierwszą tajemnicę. Kto do 12 pm zgadnie o jakiego NPCta chodzi, pisze do adma i dostaje nagrodę.
Każdy pracownik miał swój domek ukryty gdzieś w zieleni parku, otaczającego wietrzejący budynek uniwersytetu. Ona także. Podniosła do różanych ust szklankę z zimnym mlekiem, myślami była jednak w zupełnie innym miejscu. Będzie musiała przywyknąć do tego, że nie jest już potrzebna swoim młodszym braciom. Dwaj z nich byli w końcu dorośli. Czyli następną pensyjkę będzie mogła przeznaczyć na jakiś drobiazg dla siebie. Trzeba wam również wiedzieć, że była strasznie roztrzepana, więc już po chwili jakby nigdy nic dumała nad uczuciami, którymi darzyła stajennego. Zauroczył ją i to bardzo, ale po tym co przeszła, nie przełamie się tak łatwo, aby z nim zwyczajnie porozmawiać, choćby o angielskiej pogodzie. A ta była dzisiaj wyjątkowo piękna. Ugryzła rumiane jabłko, które podarowała jej gosposia i kątem oka zerknęła na stojące w kącie maleńkiej izby lustro. No tak, obiecała sobie powiesić je w weekend, ale musiała sprawdzić zaległe klasówki. Od gładkiej tafli szkła odbijało się rozmarzone lico kobiety.
Od Annemarie CD Natalie
Nie należałam do zwolenników kawy. Latte, owszem, piłam, lubiłam też jej zapach, ale nic poza tym. Nigdy nie podążałam za modą, a nałogowe picie tego napoju powoli robiło się paskudną plagą. Rozparłam się na wiklinowym foteliku i przymknęłam oczy, rozkoszując się pojawiającą się znikąd ciszą. Rozgadani studenci wychodzili z kawiarenki, chcąc pewnie zdążyć się jeszcze przygotować na lekcje. Już otworzyłam usta, aby wszcząć jakąś niezobowiązującą pogawędkę z Natalie, ale udało mi się dostrzec tylko, jak wychodzi z pomieszczenia. W pierwszej chwili nie wiedziałam jak zareagować i wlepiłam niewidzące spojrzenie w pozostawiony przez nią na stoliku pusty kubek po kawie. Ciemnobrązowe fusy osiadły na dnie jak mistyczne wzroki. Ze zrezygnowanym westchnieniem oparłam policzek na zwiniętej w pięść dłoni. A więc tak, przeszkadzałam? Niech będzie, wcale nie muszę się jej naprzykrzać. Gdzieś w głębi duszy poczułam jednak bolesne ukłucie w serduchu, bo przecież nie chciałam źle. Dopiłam zimną już herbatę i w pośpiechu ruszyłam do swojego pokoju po podręczniki.
Na spóźnialską Amerykankę, która dzisiaj o dziwo nie spóźniła się ani razu, natykałam się tylko na lekcjach. Zadzwonił dzwonek na ostatnią przerwę, podczas której każdy miał przebrać się w strój jeździecki. Powoli zbierałam swoje książki z ławki, żeby wyjść z klasy jako ostatnia i wtedy w oczy rzucił mi się grubo oprawiony egzemplarz, leżący samotnie na jednym ze stolików przy oknie. Ostrożnie wzięłam tom do ręki i spostrzegłam, że był to ten sam, który podarowałam Natalie. Z książką pod pachą i z torbą kołyszącą się niedbale na ramieniu, wyszłam na korytarz. Dostrzegłam dziewczynę z wysokim, złotym kucykiem.
- Zgubiłaś ją?
- Co? Książkę? - zapytała, jakby zaraz miała roześmiać mi się w twarz.
Zagryzłam wargi i nie drgnęłam pod jej kpiącym spojrzeniem, mimo tego, że miałam wielką ochotę pokazać Amerykance swoje plecy. Albo dać jej lekturą po głowie i odejść.
- A na co ci to wygląda? - mruknęłam, przewracając oczami. - Chyba musisz ją odnieść do biblioteki - zauważyłam z przekąsem.
Natalie?
Na spóźnialską Amerykankę, która dzisiaj o dziwo nie spóźniła się ani razu, natykałam się tylko na lekcjach. Zadzwonił dzwonek na ostatnią przerwę, podczas której każdy miał przebrać się w strój jeździecki. Powoli zbierałam swoje książki z ławki, żeby wyjść z klasy jako ostatnia i wtedy w oczy rzucił mi się grubo oprawiony egzemplarz, leżący samotnie na jednym ze stolików przy oknie. Ostrożnie wzięłam tom do ręki i spostrzegłam, że był to ten sam, który podarowałam Natalie. Z książką pod pachą i z torbą kołyszącą się niedbale na ramieniu, wyszłam na korytarz. Dostrzegłam dziewczynę z wysokim, złotym kucykiem.
- Zgubiłaś ją?
- Co? Książkę? - zapytała, jakby zaraz miała roześmiać mi się w twarz.
Zagryzłam wargi i nie drgnęłam pod jej kpiącym spojrzeniem, mimo tego, że miałam wielką ochotę pokazać Amerykance swoje plecy. Albo dać jej lekturą po głowie i odejść.
- A na co ci to wygląda? - mruknęłam, przewracając oczami. - Chyba musisz ją odnieść do biblioteki - zauważyłam z przekąsem.
Natalie?
Od Annemarie CD Harrego
Tanecznym krokiem zbliżyłam się do schodów, nadal uśmiechając się na wpół chytrze do Harrego. Położywszy dłoń na rzeźbionej w drewnie poręczy, zerknęłam szybciutko za siebie, żeby sprawdzić, czy chłopak za mną idzie. Zmrużyłam nieco oczy, przykrywając je na moment zasłoną rzęs, po czym beztrosko zbiegłam na parter. Celowo szłam wolniej niż zwykle, aby ukradkiem pokazać mu drogę na stołówkę, chociaż pewnie dałby radę sam tam trafić. Przepchnęłam się do środka i natychmiast otoczył mnie intensywny zapach konfitur, przy których przygotowaniu pomagałam Isabelle, czekolady i czegoś jeszcze. Nalałam sobie gorzkiej, idealnie bursztynowej herbaty z porcelanowego imbryka. Od kiedy byłam w Wielkiej Brytanii częstowałam się jajkami sadzonymi i plastrami bekonu, których nie jadałam na śniadanie w Niemczech. Harry musiał przyjść chwilę po mnie, bo zajęty był już rozmową z kimś innym przy jednym ze stolików. Zajęłam miejsce przy oknie, wygodniej rozsiadając się w wiklinowym fotelu i podniosłam parującą szklankę do ust. Moje spojrzenie uskoczyło na prawo, na szary krajobraz za oknem. Niedawno musiało przestać padać i pogoda była naprawdę nieciekawa. Przypomniałam sobie, jak jeszcze wczoraj siedziałam na ławce w parku, było tak ślicznie i ciepło, że zdjęłam szalik i... potem wróciłam bez niego. Gwałtownie stanęłam na nogi, nie bacząc na odsunięte z łoskotem krzesło ani na kilka zdziwionych par oczu, które zwróciły się wtedy w moją stronę. To był mój ulubiony szalik, dostałam go od... mamy. Zacisnęłam dłoń na białym obrusie. Jedyną znajomą twarzą, którą udało mi się wypatrzeć był kończący swój posiłek Harry. Kawiarnia prawie opustoszała, bo za dziesięć minut zaczynały się lekcje.
- Harry! - Byłam spanikowana i nie panowałam nad językiem, więc jego imię brzmiało jak twarde ,,Harri".
Ale i tak spojrzał w moją stronę, unosząc łuk brwiowy.
- Zgubiłam jedną rzecz w parku. Proszę, musisz pomóc mi ją znaleźć - Mało brakowało, a zabarwiłabym swoje słowa słonymi łzami.
W zamian pociągałam tylko nosem, przebierając w miejscu nogami. Chłopak rzucił okiem na wskazówki zegara wiszącego na ścianie.
- Wiem, że zaraz będą zajęcia, ale to bardzo ważne! - mówiłam przerażonym tonem, nie dając mu dojść do głosu.
Kiedy ostrożnie kiwnął głową, chwyciłam jego ramię i wyciągnęłam na dwór. Wiatr był tak lodowaty, jakie sprawiał wrażenie zza okna, a ja miałam na sobie tylko cienki sweter, więc chwilę później zaczęłam się trząść z zimna. Dopiero teraz dostrzegało się jak ogromny był ten lipowy park. Nie wiem, jak znajdziemy mój ukochany szalik.
- Pamiętasz, gdzie zostawiłaś tą rzecz...? - Wyczułam wahanie w jego głosie.
- Mów mi Anne - Oplotłam się ramionami, jakbym chciała siebie przytulić. - Nie bardzo - jęknęłam, spuszczając oczy na czubki swoich brązowych kozaczków.
Chłopak pokiwał w zamyśleniu głową, pocierając podbródek. Chyba mimowolnie się do niego zbliżyłam, aby ogrzało mnie ciepło jego ciała.
- To była jakaś ławka... - wymamrotałam, próbując powstrzymać szczękanie zębami.
Nagle zobaczyłam miejsce, które pamiętałam. Podbiegłam do drewnianego siedziska lekko nadgryzionego zębem warunków klimatycznych, macając wokół pokrytą rosą trawę. Uniosłam głowę i wtedy odnalazłam wzrokiem ubłocony kawałek materiału, powiewający na pobliskim krzewie. Wyciągnęłam po niego obie ręce i odetchnęłam z ulgą.
- Szalik? Szukaliśmy szalika? - zapytał naburmuszony Harry, wskazując palcem na trzymaną przeze mnie tkaninę.
- Tak, bardzo ci dziękuję - Uśmiechnęłam się szeroko i niewiele myśląc cmoknęłam go w policzek.
Miałam wrażenie, że robi się coraz zimniej, bo moje kolana zaczynały lekko dygotać.
Harry?
- Harry! - Byłam spanikowana i nie panowałam nad językiem, więc jego imię brzmiało jak twarde ,,Harri".
Ale i tak spojrzał w moją stronę, unosząc łuk brwiowy.
- Zgubiłam jedną rzecz w parku. Proszę, musisz pomóc mi ją znaleźć - Mało brakowało, a zabarwiłabym swoje słowa słonymi łzami.
W zamian pociągałam tylko nosem, przebierając w miejscu nogami. Chłopak rzucił okiem na wskazówki zegara wiszącego na ścianie.
- Wiem, że zaraz będą zajęcia, ale to bardzo ważne! - mówiłam przerażonym tonem, nie dając mu dojść do głosu.
Kiedy ostrożnie kiwnął głową, chwyciłam jego ramię i wyciągnęłam na dwór. Wiatr był tak lodowaty, jakie sprawiał wrażenie zza okna, a ja miałam na sobie tylko cienki sweter, więc chwilę później zaczęłam się trząść z zimna. Dopiero teraz dostrzegało się jak ogromny był ten lipowy park. Nie wiem, jak znajdziemy mój ukochany szalik.
- Pamiętasz, gdzie zostawiłaś tą rzecz...? - Wyczułam wahanie w jego głosie.
- Mów mi Anne - Oplotłam się ramionami, jakbym chciała siebie przytulić. - Nie bardzo - jęknęłam, spuszczając oczy na czubki swoich brązowych kozaczków.
Chłopak pokiwał w zamyśleniu głową, pocierając podbródek. Chyba mimowolnie się do niego zbliżyłam, aby ogrzało mnie ciepło jego ciała.
- To była jakaś ławka... - wymamrotałam, próbując powstrzymać szczękanie zębami.
Nagle zobaczyłam miejsce, które pamiętałam. Podbiegłam do drewnianego siedziska lekko nadgryzionego zębem warunków klimatycznych, macając wokół pokrytą rosą trawę. Uniosłam głowę i wtedy odnalazłam wzrokiem ubłocony kawałek materiału, powiewający na pobliskim krzewie. Wyciągnęłam po niego obie ręce i odetchnęłam z ulgą.
- Szalik? Szukaliśmy szalika? - zapytał naburmuszony Harry, wskazując palcem na trzymaną przeze mnie tkaninę.
- Tak, bardzo ci dziękuję - Uśmiechnęłam się szeroko i niewiele myśląc cmoknęłam go w policzek.
Miałam wrażenie, że robi się coraz zimniej, bo moje kolana zaczynały lekko dygotać.
Harry?
środa, 14 września 2016
Od Jagody
Stojąc na lotnisku w Warszawie, w eleganckiej sukience w kratkę (którą już zdążyłam poplamić kawą), zastanawiałam się czy niczego nie zapomniałam. Wszystkie moje rzeczy upchnęłam do jednej walizki i byłam pewna, że nie zapomniałam niczego z ubrań. Ręczniki i kosmetyczka, też się tam znajdowały. Gitara spoczywała w pokrowcu, tuż obok walizki, a więc jej również nie zapomniałam. Zeszyt do rysunków, ołówki oraz pisaki na pewno wepchnęłam do bocznej kieszeni walizki, a telefon i słuchawki były w mojej torebce. Uff, nie zapomniałam niczego co jest niezbędne do przetrwania! Postanowiłam sprawdzić tylko czy zabrałam ze sobą wszystkie dokumenty. W mojej torebce znalazłam wiele ciekawych rzeczy...jednak nigdzie nie było paszportu.
''Cholera! Gdzie on jest?!''
Po paru minutach – kiedy już pięć razy wywróciłam torebkę na lewą stronę – załamana stwierdziłam, że paszport musiał zostać na szafce w korytarzu. Spojrzałam na zegar. 07:39. Zostało dwadzieścia minut do odlotu.
''Zdążę!'' - pomyślałam już biegnąc w stronę wyjścia i wyciągając telefon – ''Muszę zdążyć.''
Zamówiłam taksówkę, która podwiozła mnie pod dom. Po drodze kazałam taksówkarzowi się spieszyć, na co on tylko spiorunował mnie wzrokiem. Jednak pod moim blokiem znalazłam się bardzo szybko. Czekając na windę już szukałam kluczy od mieszkania. Musiałam się dostać na najwyższe piętro, a właściwie na poddasze, więc nie miałam zamiaru się tam wdrapywać po schodach.
Wpadłam do mieszkania jak bomba, zgarnęłam paszport, który faktycznie leżał na szafce w korytarzu i równie szybko wybiegłam. Kolejną taksówką miałam wrócić na lotnisko. Miałam jeszcze trochę czasu, ale i tak zniecierpliwiona podskakiwałam na tylnym siedzeniu.
''Wiedziałam, że zdążę.'' – I właśnie w chwili gdy to pomyślałam, utknęliśmy w korku.
- Eech..nie dałoby się tego jakoś ominąć? - spytałam kierowcy.
- Niestety... - obejrzał się, a ja mimo woli też to zrobiłam i dostrzegłam sznurek samochodów
za nami - ...teraz już nie zawrócę.
Załamana zgarbiłam się, opadłam na oparcie siedziska i spojrzałam na zegarek. 07:54. Uderzyłam pięścią w zagłówek fotela przede mną, po czym przeklinając w myślach ukryłam twarz w dłoniach. To miał być idealny dzień.
Na walijskim uniwersytecie miałam się znaleźć koło godziny 11:00. W rzeczywistości dotarłam tam z sześciogodzinnym opóźnieniem. Gdy stanęłam przed głównym budynkiem dochodziła już godzina 17:00. Zadarłam głowę do góry, by przyjrzeć się przedwojennej budowli. W około rozciągał się park, w którym zauważyłam kilkoro spacerujących ludzi, rzucających mi dosyć zdziwione spojrzenia. Nie wiedząc co zrobić pomachałam do nich, ale chyba tego nie zauważyli.
No tak. Czego się spodziewałam? Że sama właścicielka uniwersytetu wybiegnie mi na przywitanie z rozłożonymi rękami, pytając czy to ja jestem Jagoda Jakacz? Nie. W końcu - kto tak robi? I rzeczywiście, nawet po minucie mojego bezczynnego stania przed wejściem, nic takiego nie nastąpiło. Sama więc musiałam wejść, znaleźć biuro i zameldować się. Dostałam pokój o numerze 141. Dowiedziałam się, że aktualnie kończy się obiadokolacja, ale jeśli jestem głodna mogę coś sobie zamówić w kawiarni.
Mój pokój był nadzwyczaj prosty. Łóżko, szafa, biurko i kilka półek – to wszystko co się w nim znajdowało. Kiedy tylko otworzyłam walizkę wysypały się z niej miliony rzeczy. Szybko się wypakowałam i stwierdziłam, że mój pokój nadal wygląda jakoś pusto.
''Pomieszkam tu tydzień, zrobi się bałagan i już będzie lepiej'' – pomyślałam z uśmiechem, po czym wyszłam nie mając tu już nic więcej do roboty.
Postanowiłam trochę pozwiedzać nowe miejsce. Jakoś nie zauważyłam, żeby wszyscy moi rówieśnicy rzucali się na mnie z propozycją oprowadzenia mnie po terenie uniwersytetu (''zadziwiające'' wręcz). Minęłam co prawda parę osób, którym powiedziałam ''cześć'', jednak ani razu nie doszło do wymiany zdań. Wszyscy wydawali się być zajęci swoimi sprawami, a niektórzy chyba nawet nie zauważyli, że dopiero co przyjechałam. Nie przeszkadzało mi to. Oczywiście odrobina uwagi skierowana w moją stronę zawsze była mile widziana, ale teraz brak zainteresowania mną z ich strony wydawał mi się zupełnie normalny i zrozumiały. W końcu mam tu spędzić jeszcze dużo czasu. Na pewno znajdzie się okazja, żeby ich wszystkich poznać.
Nie wiedziałam gdzie iść, więc najpierw udałam się do stajni, której budynek rozpoznałam już z daleka. Wszystkie konie były przepiękne. Idąc korytarzem stajennym i zachwycając się zwierzętami, jednocześnie czytałam wszystkie plakietki z imionami wywieszone na boksach, oczywiście, ze świadomością, że żadnego z nich nie zapamiętam. Kiedy już miałam wychodzić, zauważyłam dwie osoby przechodzące obok stajni. Na mój widok jedna z nich, dosyć niekulturalnie, wskazała mnie palcem i obie zatrzymały się. Śmiało do nich podeszłam i zanim powiedziałam ''cześć'' zdążyłam jeszcze usłyszeć szepty chłopaka i dziewczyny.
- ...tu jest – mówił chłopak.
- Skąd wiedziałeś, że będzie w stajni?
- Nie wiem, ale chodź już, przecież chciałaś ją poznać.
- Cześć – powiedziałam uśmiechając się na myśl, że najprawdopodobniej nie wiedzą, że ich słyszę.
- Hej, Adrienne jestem – dziewczyna uśmiechnęła się promiennie wyciągając do mnie rękę.
- Flynn – wysoki chłopak pomachał do mnie jakbym stała od niego co najmniej 5 metrów i uśmiechnął się lekko. Tak lekko, że miałam, wrażenie, iż jego uśmiech jest nieco wymuszony, ale nie przejęłam się tym.
Flynn? Adrienne?
''Cholera! Gdzie on jest?!''
Po paru minutach – kiedy już pięć razy wywróciłam torebkę na lewą stronę – załamana stwierdziłam, że paszport musiał zostać na szafce w korytarzu. Spojrzałam na zegar. 07:39. Zostało dwadzieścia minut do odlotu.
''Zdążę!'' - pomyślałam już biegnąc w stronę wyjścia i wyciągając telefon – ''Muszę zdążyć.''
Zamówiłam taksówkę, która podwiozła mnie pod dom. Po drodze kazałam taksówkarzowi się spieszyć, na co on tylko spiorunował mnie wzrokiem. Jednak pod moim blokiem znalazłam się bardzo szybko. Czekając na windę już szukałam kluczy od mieszkania. Musiałam się dostać na najwyższe piętro, a właściwie na poddasze, więc nie miałam zamiaru się tam wdrapywać po schodach.
Wpadłam do mieszkania jak bomba, zgarnęłam paszport, który faktycznie leżał na szafce w korytarzu i równie szybko wybiegłam. Kolejną taksówką miałam wrócić na lotnisko. Miałam jeszcze trochę czasu, ale i tak zniecierpliwiona podskakiwałam na tylnym siedzeniu.
''Wiedziałam, że zdążę.'' – I właśnie w chwili gdy to pomyślałam, utknęliśmy w korku.
- Eech..nie dałoby się tego jakoś ominąć? - spytałam kierowcy.
- Niestety... - obejrzał się, a ja mimo woli też to zrobiłam i dostrzegłam sznurek samochodów
za nami - ...teraz już nie zawrócę.
Załamana zgarbiłam się, opadłam na oparcie siedziska i spojrzałam na zegarek. 07:54. Uderzyłam pięścią w zagłówek fotela przede mną, po czym przeklinając w myślach ukryłam twarz w dłoniach. To miał być idealny dzień.
Na walijskim uniwersytecie miałam się znaleźć koło godziny 11:00. W rzeczywistości dotarłam tam z sześciogodzinnym opóźnieniem. Gdy stanęłam przed głównym budynkiem dochodziła już godzina 17:00. Zadarłam głowę do góry, by przyjrzeć się przedwojennej budowli. W około rozciągał się park, w którym zauważyłam kilkoro spacerujących ludzi, rzucających mi dosyć zdziwione spojrzenia. Nie wiedząc co zrobić pomachałam do nich, ale chyba tego nie zauważyli.
No tak. Czego się spodziewałam? Że sama właścicielka uniwersytetu wybiegnie mi na przywitanie z rozłożonymi rękami, pytając czy to ja jestem Jagoda Jakacz? Nie. W końcu - kto tak robi? I rzeczywiście, nawet po minucie mojego bezczynnego stania przed wejściem, nic takiego nie nastąpiło. Sama więc musiałam wejść, znaleźć biuro i zameldować się. Dostałam pokój o numerze 141. Dowiedziałam się, że aktualnie kończy się obiadokolacja, ale jeśli jestem głodna mogę coś sobie zamówić w kawiarni.
Mój pokój był nadzwyczaj prosty. Łóżko, szafa, biurko i kilka półek – to wszystko co się w nim znajdowało. Kiedy tylko otworzyłam walizkę wysypały się z niej miliony rzeczy. Szybko się wypakowałam i stwierdziłam, że mój pokój nadal wygląda jakoś pusto.
''Pomieszkam tu tydzień, zrobi się bałagan i już będzie lepiej'' – pomyślałam z uśmiechem, po czym wyszłam nie mając tu już nic więcej do roboty.
Postanowiłam trochę pozwiedzać nowe miejsce. Jakoś nie zauważyłam, żeby wszyscy moi rówieśnicy rzucali się na mnie z propozycją oprowadzenia mnie po terenie uniwersytetu (''zadziwiające'' wręcz). Minęłam co prawda parę osób, którym powiedziałam ''cześć'', jednak ani razu nie doszło do wymiany zdań. Wszyscy wydawali się być zajęci swoimi sprawami, a niektórzy chyba nawet nie zauważyli, że dopiero co przyjechałam. Nie przeszkadzało mi to. Oczywiście odrobina uwagi skierowana w moją stronę zawsze była mile widziana, ale teraz brak zainteresowania mną z ich strony wydawał mi się zupełnie normalny i zrozumiały. W końcu mam tu spędzić jeszcze dużo czasu. Na pewno znajdzie się okazja, żeby ich wszystkich poznać.
Nie wiedziałam gdzie iść, więc najpierw udałam się do stajni, której budynek rozpoznałam już z daleka. Wszystkie konie były przepiękne. Idąc korytarzem stajennym i zachwycając się zwierzętami, jednocześnie czytałam wszystkie plakietki z imionami wywieszone na boksach, oczywiście, ze świadomością, że żadnego z nich nie zapamiętam. Kiedy już miałam wychodzić, zauważyłam dwie osoby przechodzące obok stajni. Na mój widok jedna z nich, dosyć niekulturalnie, wskazała mnie palcem i obie zatrzymały się. Śmiało do nich podeszłam i zanim powiedziałam ''cześć'' zdążyłam jeszcze usłyszeć szepty chłopaka i dziewczyny.
- ...tu jest – mówił chłopak.
- Skąd wiedziałeś, że będzie w stajni?
- Nie wiem, ale chodź już, przecież chciałaś ją poznać.
- Cześć – powiedziałam uśmiechając się na myśl, że najprawdopodobniej nie wiedzą, że ich słyszę.
- Hej, Adrienne jestem – dziewczyna uśmiechnęła się promiennie wyciągając do mnie rękę.
- Flynn – wysoki chłopak pomachał do mnie jakbym stała od niego co najmniej 5 metrów i uśmiechnął się lekko. Tak lekko, że miałam, wrażenie, iż jego uśmiech jest nieco wymuszony, ale nie przejęłam się tym.
Flynn? Adrienne?
wtorek, 13 września 2016
Od Flynna CD Katherine
Odwróciłem się w stronę dziewczyny o ogniście pomarańczowych włosach. Zadarła głowę, żeby chociaż spróbować dojrzeć moją twarz, ale i tak musiałem się nieco zgarbić, by jej to umożliwić. Dłonią potarłem kark.
- Nic nowego nie powiedziałaś - mruknąłem pod nosem, ale na tyle głośno, by rudowłosa usłyszała wszystko co do słowa.
Skrzywiła się i już otworzyła usta, ale chyba postanowiła dać sobie ze mną spokój, bo zrobiła krok do tyłu z zamiarem odejścia.
- Poczekaj - westchnąłem, przewracając oczami i złapałem ją za łokieć.
Zatrzymała się pod wpływem uścisku mojej ręki. Szybkim ruchem odwróciłem dziewczynę w swoją stronę, więc znowu musiała podnieść na mnie spojrzenie.
- Stajnia - zrobiłem pauzę, aby to wybrzmiało - jest tam.
Machnąłem ręką za siebie. Gdyby się postarała, sama znalazłaby śmierdzący końmi na kilometr biały, elegancki budynek.
- W pałacyku? - zapytała nie kryjąc kpiny.
Zerknąłem za swoje ramię, chociaż dobrze wiedziałem, co ujrzę. Za mną wznosił się milczący, stary gmach Uniwersytetu. Wszystko się zgadzało, bo staliśmy przed wejściem, a stajnia mieściła się na tyłach posiadłości.
- Nie, z tyłu - parsknąłem jakby to była najoczywistrza rzecz na świecie.
- Dzięki - odparła niechętnie, zakładając ramiona na piersi.
- Zaprowadzę cię - zażądziłem, a mimowolny uśmiech przemknął przez moje usta.
Zwykle trzymałem się z dala od stajni, na jeździectwie miałem same nieobecności, ale teraz postanowiłem zrobić wyjątek, żeby... wskazać drogę nieznajomej dziewczynie. Krótsza droga wiodła przez ogród i budynek, ale wybrałem tą dłuższą, kiedy szliśmy obok siebie w ciszy przerywanie tylko oddechami. Zatrzymałem się dopiero przed niską budowlą ze spadzisty dachem.
- Dziękuję - Rudowłosa była tak podekscytowana, że właściwie nie zwracała na mnie uwagi.
W miejscu trzymało ją chyba nadal tylko dobre wychowanie.
- Flynn - rzuciłem, wciskając obie dłonie do kieszeni.
Zakręciło mnie w nosie, ale powstrzymałem kichnięcie.
Kat?
- Nic nowego nie powiedziałaś - mruknąłem pod nosem, ale na tyle głośno, by rudowłosa usłyszała wszystko co do słowa.
Skrzywiła się i już otworzyła usta, ale chyba postanowiła dać sobie ze mną spokój, bo zrobiła krok do tyłu z zamiarem odejścia.
- Poczekaj - westchnąłem, przewracając oczami i złapałem ją za łokieć.
Zatrzymała się pod wpływem uścisku mojej ręki. Szybkim ruchem odwróciłem dziewczynę w swoją stronę, więc znowu musiała podnieść na mnie spojrzenie.
- Stajnia - zrobiłem pauzę, aby to wybrzmiało - jest tam.
Machnąłem ręką za siebie. Gdyby się postarała, sama znalazłaby śmierdzący końmi na kilometr biały, elegancki budynek.
- W pałacyku? - zapytała nie kryjąc kpiny.
Zerknąłem za swoje ramię, chociaż dobrze wiedziałem, co ujrzę. Za mną wznosił się milczący, stary gmach Uniwersytetu. Wszystko się zgadzało, bo staliśmy przed wejściem, a stajnia mieściła się na tyłach posiadłości.
- Nie, z tyłu - parsknąłem jakby to była najoczywistrza rzecz na świecie.
- Dzięki - odparła niechętnie, zakładając ramiona na piersi.
- Zaprowadzę cię - zażądziłem, a mimowolny uśmiech przemknął przez moje usta.
Zwykle trzymałem się z dala od stajni, na jeździectwie miałem same nieobecności, ale teraz postanowiłem zrobić wyjątek, żeby... wskazać drogę nieznajomej dziewczynie. Krótsza droga wiodła przez ogród i budynek, ale wybrałem tą dłuższą, kiedy szliśmy obok siebie w ciszy przerywanie tylko oddechami. Zatrzymałem się dopiero przed niską budowlą ze spadzisty dachem.
- Dziękuję - Rudowłosa była tak podekscytowana, że właściwie nie zwracała na mnie uwagi.
W miejscu trzymało ją chyba nadal tylko dobre wychowanie.
- Flynn - rzuciłem, wciskając obie dłonie do kieszeni.
Zakręciło mnie w nosie, ale powstrzymałem kichnięcie.
Kat?
niedziela, 11 września 2016
Od Harrego CD Annemarie
Dziewczyna, którą jeszcze kilka godzin temu spotkałem na korytarzu, kiedy to mój szofer John, przewrócił walizkę na schody i postawił cały akademik na nogi, patrzyła niechętnie w moją stronę. Przekręciłem kluczyk w drzwiach i schowałem go do kieszeni jeansów. Ona jednak nadal stała przy wejściu do swojego pokoju obserwując mnie. Pomachałem ręką w jej kierunku, chociaż pewnie wyglądało to jakbym próbował przegonić muchę latającą koło mojego ucha.
- Dzień dobry. - uśmiechnąłem się grzecznie i podszedłem w jej kierunku
- Cześć, jak się spało? - nie jestem pewny, ale wyczułem w jej głosie ironię
- Dobrze, dziękuję. Jeszcze raz przepraszam, za to zachowanie w nocy. - odparłem drapiąc się po głowie. - Trochę niegrzecznie się zachowałem, Harry Williams. Powinienem przedstawić się już wcześniej.
Wyciągnąłem rękę kierunku nieznajomej, która niepewnie ją uścisnęła. Zmierzyła mnie wzrokiem, zatrzymując spojrzenie na mojej dłoni. Odruchowo schowałem ją za plecy. Zapomniałem na śmierć o sygnecie.
- Ładny pierścionek. - zachichotała wymijając mnie i idąc do schodów - Jeżeli masz ochotę na śniadanie to radzę ci się pośpieszyć, bo zaraz nic z niego nie zostanie.
<Annemarie>
- Dzień dobry. - uśmiechnąłem się grzecznie i podszedłem w jej kierunku
- Cześć, jak się spało? - nie jestem pewny, ale wyczułem w jej głosie ironię
- Dobrze, dziękuję. Jeszcze raz przepraszam, za to zachowanie w nocy. - odparłem drapiąc się po głowie. - Trochę niegrzecznie się zachowałem, Harry Williams. Powinienem przedstawić się już wcześniej.
Wyciągnąłem rękę kierunku nieznajomej, która niepewnie ją uścisnęła. Zmierzyła mnie wzrokiem, zatrzymując spojrzenie na mojej dłoni. Odruchowo schowałem ją za plecy. Zapomniałem na śmierć o sygnecie.
- Ładny pierścionek. - zachichotała wymijając mnie i idąc do schodów - Jeżeli masz ochotę na śniadanie to radzę ci się pośpieszyć, bo zaraz nic z niego nie zostanie.
<Annemarie>
Subskrybuj:
Posty (Atom)