piątek, 14 października 2016
Od Taylora
Wyjechałem na 2 tygodnie ze szkoły do domu, do rodziców. Wyjazd się udał lecz strasznie tęskniłem za znajomymi z uniwersytetu. W sumie to już 2 miesiąc leciał "nauki", a ja sobie wolne zrobiłem. No cóż postanowiłem nadrabiać zaległości od razu jak wrócę.
Pożegnałem się z mamą i siostrą. Wsiadłem do samochodu. Tata zawiózł mnie na lotnisko. Z jednej strony stwierdziłem, że chce zostać lecz z drugiej strony już będę miał sporo zaległości po 2 tygodniach więc pożegnałem się z tatą i poszedłem na odprawę. Już po 10 minutach usiadłem w samolocie. Siedzenia powoli się zapełniały ludźmi. Podeszła dziewczynka z matką. Kobieta rozejrzała się i spojrzała na bilety. Odwróciła wzrok na córkę i cichym głosem zapytała -Skarbie gdzie chcesz usiąść? Obok tego pana -wskazała na mnie wzrokiem- czy z tym ? -spojrzała na grubszego mężczyznę, który jadł kanapkę.
Dziewczynka rozejrzała się i odpowiedziała kapryśnie - Z Tobą mamusiu
Uśmiechnąłem się delikatnie, zachowanie młodej kobietki był zrozumiały wyglądała na 10 lat może 11.
-Usiądź tutaj -wskazała ma siedzenie obok mnie -Ja będę obok -powiedziała życzliwie matka
Dziewczynka spojrzała na mnie i usiadała na siedzeniu obok mnie. Jej małe oczka obserwowały mnie przy każdym ruchu.
Podeszła stewardessa i gdy zobaczyła, że dziewczynka trzyma w rękach pas i nie wie co ma z nim zrobić, podeszła i zapięła pasy dziecku.
-Dziękuję -powiedziała natychmiastowo z uśmiechem
Stewardessa uśmiechnęła się w odpowiedzi. Samolot wzbił się w powietrze. Po jakich 10 minutach dziewczynka odezwała się do mnie.
-Co pan ma na szyi? -zapytała ciekawsko
-Nazwijmy to symbolem jednego z moich zwycięstw nad bólem i cierpieniem -odpowiedziałem lekko zamyślony i zarazem zmęczony
Spojrzała na mnie jeszcze raz od stóp do głów i rzekła - Dużo pan przeszedł...-zaczęła lecz matka się wtrąciła- Jessica przestań ... Przepraszam pana za jej zachowanie
Zerknąłem na matkę Jessicy i powiedziałem -Nic nie szkodzi to nic takiego -uśmiechnąłem się życzliwie do dziecka
Spoglądała na mnie aż w końcu nie zachciało jej się spać. Zaczęła przysypiać i oparła się o fotel. Zamknąłem oczy i próbowałem zasnąć. Po kilkunastu minutach poczułem ciężar na ręce. Zerknąłem i zobaczyłem śpiącą na mnie Julkę. Zamknąłem oczy i po jakimś czasie zasnąłem.
~Dłuższy czas później~
Obudziło mnie gwałtowne szarpnięcie. Otworzyłem oczy i spojrzałem, że samolot wylądował. Powoli wysiadłem i skierowałem się na odprawę. Po 10 minutach wyszedłem z lotniska i wsiadłem do autobusu. Kierowca na mój widok uśmiechnął się.
-Dzień dobry panu. Miło mi pana widzieć -przywitałem się
-Witaj, tam gdzie ostatnio?
-Dokładnie panie Chadzie -odparłem z uśmiechem
Miło mi się z nim rozmawiało za każdym razem.
~Jakoś 40 minut później~
-To tutaj młody -powiedział kierowca zatrzymując się koło lasku
-Dziękuję bardzo -powiedziałem wychodząc i dodałem -miłego dnia
Dosłownie po chwili mojego wyjścia odjechał dalej, a ja zostałem sam. Znałem drogę już doskonale. Po 5 minutach idąc skrótami byłem już pod budynkiem szkoły.
Wszedłem z rzeczami i zobaczyłem sporo nowych twarzy. Cóż byłem zaskoczony. Idąc do swojego pokoju widziałem tyle nowych twarzy, że aż zwątpiłem że jestem cały czas w tej samej szkole.
Otworzyłem drzwi i szybkim krokiem wszedłem do środka. Odruchowo rzuciłem torby w kąt nie rozpakowując ich i położyłem się na łóżku zmęczony podróżą. Nie minęło 5 minut ciszy , gdy nagle usłyszałem burczenie brzucha. Spojrzałem na zegarek i zorientowałem się że za chwilę kolacja. Wstałem i ruszyłem na stołówkę. Przebyłem parę korytarzy i byłem na miejscu.
Nagle z sali usłyszałem krzyk
-Chodź do nas?
<Kto tam krzyczy? >
Pożegnałem się z mamą i siostrą. Wsiadłem do samochodu. Tata zawiózł mnie na lotnisko. Z jednej strony stwierdziłem, że chce zostać lecz z drugiej strony już będę miał sporo zaległości po 2 tygodniach więc pożegnałem się z tatą i poszedłem na odprawę. Już po 10 minutach usiadłem w samolocie. Siedzenia powoli się zapełniały ludźmi. Podeszła dziewczynka z matką. Kobieta rozejrzała się i spojrzała na bilety. Odwróciła wzrok na córkę i cichym głosem zapytała -Skarbie gdzie chcesz usiąść? Obok tego pana -wskazała na mnie wzrokiem- czy z tym ? -spojrzała na grubszego mężczyznę, który jadł kanapkę.
Dziewczynka rozejrzała się i odpowiedziała kapryśnie - Z Tobą mamusiu
Uśmiechnąłem się delikatnie, zachowanie młodej kobietki był zrozumiały wyglądała na 10 lat może 11.
-Usiądź tutaj -wskazała ma siedzenie obok mnie -Ja będę obok -powiedziała życzliwie matka
Dziewczynka spojrzała na mnie i usiadała na siedzeniu obok mnie. Jej małe oczka obserwowały mnie przy każdym ruchu.
Podeszła stewardessa i gdy zobaczyła, że dziewczynka trzyma w rękach pas i nie wie co ma z nim zrobić, podeszła i zapięła pasy dziecku.
-Dziękuję -powiedziała natychmiastowo z uśmiechem
Stewardessa uśmiechnęła się w odpowiedzi. Samolot wzbił się w powietrze. Po jakich 10 minutach dziewczynka odezwała się do mnie.
-Co pan ma na szyi? -zapytała ciekawsko
-Nazwijmy to symbolem jednego z moich zwycięstw nad bólem i cierpieniem -odpowiedziałem lekko zamyślony i zarazem zmęczony
Spojrzała na mnie jeszcze raz od stóp do głów i rzekła - Dużo pan przeszedł...-zaczęła lecz matka się wtrąciła- Jessica przestań ... Przepraszam pana za jej zachowanie
Zerknąłem na matkę Jessicy i powiedziałem -Nic nie szkodzi to nic takiego -uśmiechnąłem się życzliwie do dziecka
Spoglądała na mnie aż w końcu nie zachciało jej się spać. Zaczęła przysypiać i oparła się o fotel. Zamknąłem oczy i próbowałem zasnąć. Po kilkunastu minutach poczułem ciężar na ręce. Zerknąłem i zobaczyłem śpiącą na mnie Julkę. Zamknąłem oczy i po jakimś czasie zasnąłem.
~Dłuższy czas później~
Obudziło mnie gwałtowne szarpnięcie. Otworzyłem oczy i spojrzałem, że samolot wylądował. Powoli wysiadłem i skierowałem się na odprawę. Po 10 minutach wyszedłem z lotniska i wsiadłem do autobusu. Kierowca na mój widok uśmiechnął się.
-Dzień dobry panu. Miło mi pana widzieć -przywitałem się
-Witaj, tam gdzie ostatnio?
-Dokładnie panie Chadzie -odparłem z uśmiechem
Miło mi się z nim rozmawiało za każdym razem.
~Jakoś 40 minut później~
-To tutaj młody -powiedział kierowca zatrzymując się koło lasku
-Dziękuję bardzo -powiedziałem wychodząc i dodałem -miłego dnia
Dosłownie po chwili mojego wyjścia odjechał dalej, a ja zostałem sam. Znałem drogę już doskonale. Po 5 minutach idąc skrótami byłem już pod budynkiem szkoły.
Wszedłem z rzeczami i zobaczyłem sporo nowych twarzy. Cóż byłem zaskoczony. Idąc do swojego pokoju widziałem tyle nowych twarzy, że aż zwątpiłem że jestem cały czas w tej samej szkole.
Otworzyłem drzwi i szybkim krokiem wszedłem do środka. Odruchowo rzuciłem torby w kąt nie rozpakowując ich i położyłem się na łóżku zmęczony podróżą. Nie minęło 5 minut ciszy , gdy nagle usłyszałem burczenie brzucha. Spojrzałem na zegarek i zorientowałem się że za chwilę kolacja. Wstałem i ruszyłem na stołówkę. Przebyłem parę korytarzy i byłem na miejscu.
Nagle z sali usłyszałem krzyk
-Chodź do nas?
<Kto tam krzyczy? >
Sara
Imię: Sara Vivienne
Nazwisko: Whitelaw
Wiek: 18 lat
Narodowość: Brytyjska
Płeć: kobieta
Charakter: Sara? Miła i szalona osoba. Jest bardzo towarzyska i zawsze tryska humorem. Nikt nigdy jeszcze nie widział aby ta dziewczyna płakała. Jest bardzo silna psychicznie i nie da sie jej tak łatwo złamać. U niej każda tajemnica jest bezpieczna mimo tego że nastolatka mało kiedy umie sobie radzić z własnymi. Nie da sie jej opisać wieloma słowami lecz zdradzę wam że jest także bardzo optymistyczna. Patrzy na świat przez różowe okulary i jest dla wszystkich oazą spokoju. Kimś w rodzaju drugiej matki. Zawsze stara sie jakoś pomóc lub coś wytłumaczyć. Sara uważa że nawet najbardziej krnąbrnego konia da sie uspokoić i przemówić do niego łagodnym głosem tak by szedł za tobą potulny jak baranek. To dziewczyna która mimo wszystko potrzebuje ciepła i miłości gdyż sama ją rozdaje w najróżniejsze sposoby. Więc i ty miej nieco zrozumienia dla innych, dobrze?
Rysopis: Wysoka i szczupła brunetka, włosy są jedwabiste i falowane. Sięgają jej do końca łopatek. Ma śliczne piwne oczy które zapamiętasz już na zawsze. Na szyi ma tatuaż w kształcie czarnego serduszka. Jej ręce zdobią jedynie dwie bransoletki i niebieski zegarek. Dumnie nosi na swej szyi wisiorek z koniem który dostała od prababki.
Partner/ka *: Sara nigdy jeszcze nie zaznała miłości.
Głos *: The Ocean
Nr pokoju *: 154
Klub *: II
Poziom jeździectwa: 1
Koń *: -
Inne *:
-Uwielbia rysować
-Jej jedynym nałogiem jest picie kawy
-Nie lubi żelków ani ciastek
-Kocha czekoladę
-Lubi zapach lawendy i róż
-Od małego uwielbia gotować
-Kiedyś paliła dużo papierosów ale przestała
-Nigdy nie piła alkoholu
Nick: Komunia03
Nazwisko: Whitelaw
Wiek: 18 lat
Narodowość: Brytyjska
Płeć: kobieta
Charakter: Sara? Miła i szalona osoba. Jest bardzo towarzyska i zawsze tryska humorem. Nikt nigdy jeszcze nie widział aby ta dziewczyna płakała. Jest bardzo silna psychicznie i nie da sie jej tak łatwo złamać. U niej każda tajemnica jest bezpieczna mimo tego że nastolatka mało kiedy umie sobie radzić z własnymi. Nie da sie jej opisać wieloma słowami lecz zdradzę wam że jest także bardzo optymistyczna. Patrzy na świat przez różowe okulary i jest dla wszystkich oazą spokoju. Kimś w rodzaju drugiej matki. Zawsze stara sie jakoś pomóc lub coś wytłumaczyć. Sara uważa że nawet najbardziej krnąbrnego konia da sie uspokoić i przemówić do niego łagodnym głosem tak by szedł za tobą potulny jak baranek. To dziewczyna która mimo wszystko potrzebuje ciepła i miłości gdyż sama ją rozdaje w najróżniejsze sposoby. Więc i ty miej nieco zrozumienia dla innych, dobrze?
Rysopis: Wysoka i szczupła brunetka, włosy są jedwabiste i falowane. Sięgają jej do końca łopatek. Ma śliczne piwne oczy które zapamiętasz już na zawsze. Na szyi ma tatuaż w kształcie czarnego serduszka. Jej ręce zdobią jedynie dwie bransoletki i niebieski zegarek. Dumnie nosi na swej szyi wisiorek z koniem który dostała od prababki.
Partner/ka *: Sara nigdy jeszcze nie zaznała miłości.
Głos *: The Ocean
Nr pokoju *: 154
Klub *: II
Poziom jeździectwa: 1
Koń *: -
Inne *:
-Uwielbia rysować
-Jej jedynym nałogiem jest picie kawy
-Nie lubi żelków ani ciastek
-Kocha czekoladę
-Lubi zapach lawendy i róż
-Od małego uwielbia gotować
-Kiedyś paliła dużo papierosów ale przestała
-Nigdy nie piła alkoholu
Nick: Komunia03
niedziela, 2 października 2016
Od Natalie
Bianca... To imię krążyło w mojej głowie o samego ranka, aż do południa, czyli to teraz. Na każdej lekcji próbowałam sobie przypomnieć dlaczego to imię wydaje mi się takie znajome. W szkole nie ma nikogo o takim imieniu, albo przynajmniej nie znam takowej osoby. Dopiero pod wieczór przypomniałam sobie o wysokiej brunetce o pięknym zielonych oczach, które zawsze wydawały mi się należeć do węża. I wtedy do głowy wróciła mi ta dziewczyna, którą pierwszy raz spotkałam w przypadkowej uliczce. Wtedy oboje nie miałyśmy domu i z łatwością znalazłyśmy wspólny język. Byłam okropnie ciekawa co teraz u niej się działo. Ale jak mogłam to wiedzieć? Jedyny sposób to kontakt z nią, ale jak? Nie mam ani telefonu, w szkole też mi nie pozwolą zadzwonić. Ewentualnie list... ale nie znam sposobu, jak wysłać tą kartkę. Siedziałam do późna, nie mogąc zasnąć. To była moja taka pierwsza... przyjaciółka. Tyle, że nie widziałam jej od ucieczki w Chicago i morderstwa w przypadkowym domu. A co, jeśli zmieniła adres zamieszkania? Jeśli musiała uciekać?
I dopiero o trzeciej w nocy obudziłam się z tak zwaną "weną". Wstałam z łóżka nakładając kapcie. Zapaliłam lampkę przy biurku i siedząc jedynie przy tym skąpym źródle światła, chwyciłam długopis, kartkę i kopertę. Bez większego zahamowania zaczęłam długopisem zostawiać na kartce tusz, litery, które sklejały się w słowa.
"Cześć Bianca. Tutaj Natalie (Mućka). Widziałyśmy się dobre parę lat temu i nie miałyśmy kontaktu. Ja obecnie znajduje się we Włoszech, w takich uniwersytecie, że miałam nawet problem z wysłaniem tego listu. Mam nadzieję, że jednak go dostaniesz, nie zmieniłaś miejsca zamieszkania, a ja sama nie pomyliłam adresu. Jeśli to czytasz, to wiec, że w obecnej chwili u mnie wszystko gra. Głównie chodzi w tej szkole o jeździectwo i większość jest zakazana A takie tam bzdety. A co u ciebie? Mam nadzieję, że dostałaś ten list i jak najszybciej przyślesz wiadomość. Na prawdę mi ciebie brakuje. Tutaj z nikim nie potrafię się dogadać i okropnie brakuje mi twojego śmiechu i tego łamania zasad, by poczuć adrenalinę.
PS: Jeśli przyślesz odpowiedź, mogę nie odpisać, jeśli dyrekcja zabierze mi twój list.
Pozdrowienia.
Natalie Moore, czyli Mućka"
Odłożyłam długopis, złożyłam kartkę i schowałam list do koperty. Wpisałam jeszcze adres z nadzieją, że jest odpowiedni. "Mućka" to tak zwana moja ksywka. Gdy się poznałyśmy, ciągle myliłam moje nazwisko. Nie mówiła Moore, tylko Mućka. Nie wiem dlaczego. Twierdziła, że na początku się przesłyszała, a potem jej się to spodobało.
Dopiero po napisaniu udało mi się zasnąć. Tylko teraz pytanie - jak ja to wyśle?
Odpowiedź pojawiła się następnego dnia, gdzieś tak mniej więcej przed południem. Gdy wszyscy znajdowali się na stołówce na drugim śniadaniu, a nauczyciele mieli zebranie w drugiej części budynku, ja wyszłam na zewnątrz, aż do bramy głównej. Za nią nie było żadnych ludzi, nie licząc stajennego, który właśnie wracał do domu. Okazało się, że przepracował cąłą noc, by na dzień wrócić do domu. On był moim tak zwanym ratunkiem. Był taki miły, że zgodził się na wysłanie listu. Podałam mu go przez bramę dziękując serdecznie, po czym wróciłam do siebie.
A potem nie dostałam żadnej odpowiedzi...
I dopiero o trzeciej w nocy obudziłam się z tak zwaną "weną". Wstałam z łóżka nakładając kapcie. Zapaliłam lampkę przy biurku i siedząc jedynie przy tym skąpym źródle światła, chwyciłam długopis, kartkę i kopertę. Bez większego zahamowania zaczęłam długopisem zostawiać na kartce tusz, litery, które sklejały się w słowa.
"Cześć Bianca. Tutaj Natalie (Mućka). Widziałyśmy się dobre parę lat temu i nie miałyśmy kontaktu. Ja obecnie znajduje się we Włoszech, w takich uniwersytecie, że miałam nawet problem z wysłaniem tego listu. Mam nadzieję, że jednak go dostaniesz, nie zmieniłaś miejsca zamieszkania, a ja sama nie pomyliłam adresu. Jeśli to czytasz, to wiec, że w obecnej chwili u mnie wszystko gra. Głównie chodzi w tej szkole o jeździectwo i większość jest zakazana A takie tam bzdety. A co u ciebie? Mam nadzieję, że dostałaś ten list i jak najszybciej przyślesz wiadomość. Na prawdę mi ciebie brakuje. Tutaj z nikim nie potrafię się dogadać i okropnie brakuje mi twojego śmiechu i tego łamania zasad, by poczuć adrenalinę.
PS: Jeśli przyślesz odpowiedź, mogę nie odpisać, jeśli dyrekcja zabierze mi twój list.
Pozdrowienia.
Natalie Moore, czyli Mućka"
Odłożyłam długopis, złożyłam kartkę i schowałam list do koperty. Wpisałam jeszcze adres z nadzieją, że jest odpowiedni. "Mućka" to tak zwana moja ksywka. Gdy się poznałyśmy, ciągle myliłam moje nazwisko. Nie mówiła Moore, tylko Mućka. Nie wiem dlaczego. Twierdziła, że na początku się przesłyszała, a potem jej się to spodobało.
Dopiero po napisaniu udało mi się zasnąć. Tylko teraz pytanie - jak ja to wyśle?
Odpowiedź pojawiła się następnego dnia, gdzieś tak mniej więcej przed południem. Gdy wszyscy znajdowali się na stołówce na drugim śniadaniu, a nauczyciele mieli zebranie w drugiej części budynku, ja wyszłam na zewnątrz, aż do bramy głównej. Za nią nie było żadnych ludzi, nie licząc stajennego, który właśnie wracał do domu. Okazało się, że przepracował cąłą noc, by na dzień wrócić do domu. On był moim tak zwanym ratunkiem. Był taki miły, że zgodził się na wysłanie listu. Podałam mu go przez bramę dziękując serdecznie, po czym wróciłam do siebie.
A potem nie dostałam żadnej odpowiedzi...
Od Natalie CD Harrego
Moje wejście do kolejki, dzięki znajomej, która mnie przepuściła, nie spodobało się jakiemuś osiłkowi. Stał on za mną i gdy tylko weszłam pomiędzy niego, a stołówką, od razu popchnął na bok, wyrzucając z kolejki. Zmarszczyłam tylko brwi i go popchnęłam tak, jak on mnie, po czym wróciłam na swoje miejsce. Coś tam przeklął pod nosem, chyba wyzywając mnie od jakiś dziwek, ale nie zareagowałam. Podszedł do mnie i stanął tak, jakby uważał się za kogoś lepszego. A w prawdzie to był po prostu ode mnie większy - nie bł umięśniony, po prostu duży. Postawiłam dłonie trochę szerzej, a jego twarz zrobiła się czerwona. Kazał mi iść na koniec kolejki, coś tam gadał, że nie mam prawa się wpychać. Oczywiście tłumaczenie mu tego i owego zabrało mi sporo czasu, a do tego nic to nie dało. Rzucił się na mnie, a raczej ponownie odepchnął. Gdy chciałam wrócić na swoje miejsce, nie pozwolił mi. Zacisnęłam pięści, po czym go po prostu kopnęłam w piszczel. Podniósł nogę, złapał ją za prawą rękę i się schylił. Skorzystałam z tego, po czym uderzyłam go pięścią w twarz, a następnie wróciłam do kolejki. Pierwszy raz się cieszyłam, że mam takie, a nie inne buty. Były dosyć one ciężkie, ponieważ miały jakąś inną podeszwę, okropnie twardą, także kopnięcie by zabolało każdego. Widocznie chciał mi oddać, nie znając zasady, że dziewczyn się nie bije, ale nie mógł. Dlaczego? Bo akurat nauczyciel wchodził do stołówki i uważnie spoglądał na każdego ucznia. Dzięki niemu mogłam być spokojna, a nawet lepiej. Grubasowi, jak i jego trzem kolegom chyba znudziło się czekanie tutaj, także wyszli z kolejki, a na ich miejsce stanął ten sam dziwny chłopak. Spojrzałam na niego kątem oka i najbardziej co zwróciło moją uwagę, to papieros za jego uchem.
- Wyjmij zza ucha fajkę, Harry - powiedziałam tak cicho, aby stojący niedaleko nauczyciel tego nie zobaczył. Potem chwyciłam tackę i zaczęłam nakładać trochę kolacji.
Można powiedzieć, że się załamałam. Bo kto w końcu jest na tyle głupi, aby pokazywać wszystkim, że się pali? Ja sama nic nie mam do papierosów, zawsze gdy mam okazję, palę, bo tak czy siak to jest rzadkie. Ale według mnie jego czyn był po prostu idiotyczny. Chyba, że jest gorszym zapominaczem ode mnie. No dobra, to nie możliwe. Sama pewnie bym zapomniała o czymś takim, gdyby nie to, że ja nigdy nie zostawiam żadnego. Jeśli mam, palę wszystkie. Nie licząc całej paczki, smokiem to ja nie jestem.
Trzymając tackę z kubkiem kawy rozpuszczalnej i miską kaszy manny z sokiem malinowym usiadłam w wolnym stoliku. Był on czteroosobowy i nikt przy nim nie siedział. Z tego co widziałam, wszystkie stoliki były zajęte. Albo siedziały w nich grupy, dziewczyn, chłopaków, jakichś drużyn czy kółek z różnych lekcji, albo były zajęte przez tych "samotnych", którzy nie mogli znaleźć swojego miejsca w szkole, jak ja. Na początku obserwowałam ich wszystkich, patrzyłam na twarze próbując analizować ich tożsamość. Ale wyszło na to, że nikogo nie znałam prócz połowy swojej szkoły i wróciłam do kolacji. Chwyciłam łyżkę i wsadziłem ją do miski, podnosząc na niej trochę kaszy. I po chwili ktoś usiadł na przeciwko mnie. Podniosłam wzrok znad talerza spoglądając na ktosia. Był to ten chłopak, jednak tym razem bez fajki za uchem. Wróciłam wzrokiem do kaszy i się nie odezwałam. Byłam zajęta jedzeniem, gdyż po chwili mój brzuch wydał z siebie odgłos głodu.
<Harry? Wybacz, że tak późno, ale problemy z internetem>
- Wyjmij zza ucha fajkę, Harry - powiedziałam tak cicho, aby stojący niedaleko nauczyciel tego nie zobaczył. Potem chwyciłam tackę i zaczęłam nakładać trochę kolacji.
Można powiedzieć, że się załamałam. Bo kto w końcu jest na tyle głupi, aby pokazywać wszystkim, że się pali? Ja sama nic nie mam do papierosów, zawsze gdy mam okazję, palę, bo tak czy siak to jest rzadkie. Ale według mnie jego czyn był po prostu idiotyczny. Chyba, że jest gorszym zapominaczem ode mnie. No dobra, to nie możliwe. Sama pewnie bym zapomniała o czymś takim, gdyby nie to, że ja nigdy nie zostawiam żadnego. Jeśli mam, palę wszystkie. Nie licząc całej paczki, smokiem to ja nie jestem.
Trzymając tackę z kubkiem kawy rozpuszczalnej i miską kaszy manny z sokiem malinowym usiadłam w wolnym stoliku. Był on czteroosobowy i nikt przy nim nie siedział. Z tego co widziałam, wszystkie stoliki były zajęte. Albo siedziały w nich grupy, dziewczyn, chłopaków, jakichś drużyn czy kółek z różnych lekcji, albo były zajęte przez tych "samotnych", którzy nie mogli znaleźć swojego miejsca w szkole, jak ja. Na początku obserwowałam ich wszystkich, patrzyłam na twarze próbując analizować ich tożsamość. Ale wyszło na to, że nikogo nie znałam prócz połowy swojej szkoły i wróciłam do kolacji. Chwyciłam łyżkę i wsadziłem ją do miski, podnosząc na niej trochę kaszy. I po chwili ktoś usiadł na przeciwko mnie. Podniosłam wzrok znad talerza spoglądając na ktosia. Był to ten chłopak, jednak tym razem bez fajki za uchem. Wróciłam wzrokiem do kaszy i się nie odezwałam. Byłam zajęta jedzeniem, gdyż po chwili mój brzuch wydał z siebie odgłos głodu.
<Harry? Wybacz, że tak późno, ale problemy z internetem>
Jasmine
Imię: JasmineNazwisko: Blue
Wiek: 17
Narodowość: Amerykanka
Płeć: kobieta
Charakter: Jasmine to typowa dziewczyna nie wyróżnia się niczym od innych, jest miła i uprzejma. Lubi zawierać nowe przyjaźnie. Czasami jest tajemnicza i miewa gorsze dni, lecz prawie zawsze ma uśmiech na twarzy. Jest samodzielna, twarda i silna dziewczyna. Lubi pyskować, podskakiwać i zadzierać nosa.Nie lubi jak ktoś wtyka nos w nie swoje sprawy, więc stara się tego nie robić innym. Zazwyczaj jest silna, odważna i wytrzymała, ale bardzo łatwo go zranić. Kocha ryzyko i dobrą zabawę. Jest trochę brutalna, bo ma za sobą ciężką przeszłość. Nie ufna wobec innych nie znajomych, lecz jak się rozgada nie da się jej pohamować. Jest uparta i zadziorna, kocha wygrywać i lubi czasami rozkazywać innym. Jest bardzo otwarta na świat i lubi rozwiązywać zagadki i tajemnice.
Rysopis: opis wyglądu, także to czego nie widać na zdjęciu
Partner/ka *: --
Głos *: Ellie Goulding
Nr pokoju *: 139
Klub *: I
Poziom: 1
Koń *:
Inne *:
- Nie cierpi kawy
- Nie pali
- Jest uzależniona od żucia gumy
- Lubi jeździć konno
Nick: wikirox
niedziela, 25 września 2016
Thomas
Imię: Thomas
Nazwisko: Sangster
Wiek: 19
Narodowość: Brytyjczyk
Płeć: mężczyzna
Charakter: To z pozoru pewny siebie i śmiało idący przed siebie chłopak. Ale pozory mylą, prawda? Mimo że wydaje się być twardy jak skała, to w środku jest bardzo kruchutki. Nie lubi jednak okazywać jakiejkolwiek słabości, więc nigdy się nie dowiesz, czy to co powiedziałeś go zraniło. Można powiedzieć, że to człowiek zagadka, ale każdą zagadkę da się rozwiązać. Z nim jednak nie będzie tak prosto, od razu mówię. Całą pracę nad rozgryzieniem chłopaka utrudnia jego wieczny uśmiech, którym maskuje wszystko, co czuje.
Jakaś jego malutka część pragnie miłości, pragnie ciepła, ale Thomas stara się każda taką myśl odpędzać. Nie chce, by ktoś kiedykolwiek przez niego cierpiał i tyle. Miałby po prostu te cholerne wyrzuty sumienia, których tak nienawidzi.
Ma dość cięty język, lecz jest przy tym niezwykle inteligentny. Jego rozmówca musi być na podobnym poziomie, w innym wypadku się nie dogadają, a przy tym Tommy zanudzi się na śmierć. Jest urodzonym perfekcjonistką. Zawsze wszystko ma dopięte na ostatni guzik.
Z natury nie jest oszustem, ale gdy musi kłamać, to to robi. A wychodzi mu to fenomenalnie, ponieważ jego gra aktorka znajduję się na bardzo wysokim poziomie. Niektórzy mogliby powiedzieć, że to człowiek renesansu, bo tak naprawdę dobry jest w bardzo wielu dziedzinach. Sam jednak tego nie dostrzega i bardzo nie lubi pochwał.
Rysopis: Thomas jest wysoki, ale bardzo szczupły. Wygląda na dużo młodszego, niż jest.
Jego blond włosy, mimo że układa je codziennie, zwykle są w nieładzie. Ma bardzo ciemne, duże oczy dodające mu hmmm...uroku.
Wyróżnia się nadzwyczajną zwinnością. Może to przez jego dlugie nogi.
Partner/ka *: Bardzo chciałby poznać kogoś interesującego.
Głos *: Thomas Sangster
Nr pokoju *: 153
Klub *: Lekcje gry aktorskiej
Poziom: 0
Koń *: -
Inne *:
-Kocha czytać książki.
-Potrafi grać na gitarze.
-Marzy o zagraniu w jakiejś dużej produkcji filmowej.
-Nie przepada za zwierzętami.
-Nigdy nie miał najlepszego przyjaciela.
-Choćby jadł codziennie tonę słodyczy, to i tak nie przytyje, co bardzo go denerwuje.
-Uwielbia frytki z McDonald's.
Nick: Kocica123876
Nazwisko: Sangster
Wiek: 19
Narodowość: Brytyjczyk
Płeć: mężczyzna
Charakter: To z pozoru pewny siebie i śmiało idący przed siebie chłopak. Ale pozory mylą, prawda? Mimo że wydaje się być twardy jak skała, to w środku jest bardzo kruchutki. Nie lubi jednak okazywać jakiejkolwiek słabości, więc nigdy się nie dowiesz, czy to co powiedziałeś go zraniło. Można powiedzieć, że to człowiek zagadka, ale każdą zagadkę da się rozwiązać. Z nim jednak nie będzie tak prosto, od razu mówię. Całą pracę nad rozgryzieniem chłopaka utrudnia jego wieczny uśmiech, którym maskuje wszystko, co czuje.
Jakaś jego malutka część pragnie miłości, pragnie ciepła, ale Thomas stara się każda taką myśl odpędzać. Nie chce, by ktoś kiedykolwiek przez niego cierpiał i tyle. Miałby po prostu te cholerne wyrzuty sumienia, których tak nienawidzi.
Ma dość cięty język, lecz jest przy tym niezwykle inteligentny. Jego rozmówca musi być na podobnym poziomie, w innym wypadku się nie dogadają, a przy tym Tommy zanudzi się na śmierć. Jest urodzonym perfekcjonistką. Zawsze wszystko ma dopięte na ostatni guzik.
Z natury nie jest oszustem, ale gdy musi kłamać, to to robi. A wychodzi mu to fenomenalnie, ponieważ jego gra aktorka znajduję się na bardzo wysokim poziomie. Niektórzy mogliby powiedzieć, że to człowiek renesansu, bo tak naprawdę dobry jest w bardzo wielu dziedzinach. Sam jednak tego nie dostrzega i bardzo nie lubi pochwał.
Rysopis: Thomas jest wysoki, ale bardzo szczupły. Wygląda na dużo młodszego, niż jest.
Jego blond włosy, mimo że układa je codziennie, zwykle są w nieładzie. Ma bardzo ciemne, duże oczy dodające mu hmmm...uroku.
Wyróżnia się nadzwyczajną zwinnością. Może to przez jego dlugie nogi.
Partner/ka *: Bardzo chciałby poznać kogoś interesującego.
Głos *: Thomas Sangster
Nr pokoju *: 153
Klub *: Lekcje gry aktorskiej
Poziom: 0
Koń *: -
Inne *:
-Kocha czytać książki.
-Potrafi grać na gitarze.
-Marzy o zagraniu w jakiejś dużej produkcji filmowej.
-Nie przepada za zwierzętami.
-Nigdy nie miał najlepszego przyjaciela.
-Choćby jadł codziennie tonę słodyczy, to i tak nie przytyje, co bardzo go denerwuje.
-Uwielbia frytki z McDonald's.
Nick: Kocica123876
Od Victora CD Annemarie
Niebo wyglądało tej nocy wyjątkowo pięknie. Nie było czyste, bowiem na czarnym, gwiaździstym nieboskłonie przesuwały się z wolna chmury, co jakiś czas pozwalając rzucić jasnemu księżycowi odbity blask na ziemię.
Pomysł z wyjściem na zewnątrz był... cóż, niecodzienny. Mrok okolicy otaczał wszystko dookoła w tym nas, jedynie światło wydostające się z okien przedpotopowego budynku nieco oświetlało fragment parku. Jednak z każdym krokiem oddalaliśmy się dalej.
Popatrzyła na mnie, myśląc co odpowiedzieć. Widząc jak jej delikatne usta poruszają się, próbując coś wydusić z siebie, jakąś sensowną odpowiedź, uśmiechnąłem się lekko.
-Masz coś do mojego sweterka?- zmrużyła oczy.
-Oczywiście, że nie. Jest bardzo... ładny- szukałem odpowiedniego słowa, odwracając głowę by za chwilę nie dostać bury, że nie potrafię znaleźć lepszych określeń.
-Mówiąc „ładny” masz na myśli, że wyglądam w nim jak cocker spaniel?- skrzyżowała ręce na piersi.
-Ależ skąd- wzruszyłem ramionami- Mówię, że bardzo ładny. Gdybym miał sam bym taki założył- zwyliżyłem usta językiem, ukrywając zawadiacki uśmiech.
-Kłamiesz...
-Mówię prawdę. Daj mi tylko jeden to założę i jeśli sobie zażyczysz to będę paradował w nim po całej akademii- posłałem jej zapewniające spojrzenie, unosząc do góry brwi.
-Zapamiętam- pokiwała głową.
Liście drzew zaszumiały pod wpływem chłodnego wiatru, który omiótł nasze sylwetki i delikatnie musnął moją, odkrytą szyję. Tym samym odwróciłem wzrok od dziewczyny i spojrzałem w dal, gdzie ciemność spowijała drzewa w parku. Staliśmy na zakręcie, prawdopodobnie tuż obok znajdowała się droga, na końcu której znajdowała się brama wjazdowa.
-Próbujesz znaleźć sobie obrońców przed tym światem. Po to ci są potrzebne dobermany- stwierdziłem, choć to miało zabrzmieć jak pytanie.
Dziewczyna odwróciła się w moją stronę, lustrując swoimi szarymi oczami mój wyraz twarzy. I choć gestem się nie zgadzała, to w jej oczach można było zauważyć wątpliwości. Posłałem jej uśmiech i wskazałem na budynek.
-Chyba musimy już wracać- chwyciłem Annemarie za ramiona i odwróciłem w stronę wejściowych drzwi budynku- Nie chcę byś się przeziębiła- poczułem lekkie drgania jej ciała po grubym swetrem.
Weszliśmy do środka po schodach. Obydwoje wolnym krokiem przemierzaliśmy ciemny korytarz. Nie chciało nam się spać, ale wiedzieliśmy, że musimy być w pokojach. Było późno.
Jednak powolny marsz przerwał nam skrzypiący odgłos drzwi, które energicznie się otworzyły. Pierwszym odruchem było wyciągnięcie ręki w kierunku Ann. Chwyciłem ją za dłoń i przyciągnąłem do siebie, tym samym robiąc dwa kroki w tył i kierując spojrzenie na osobę, która właśnie wychodziła z pokoju.
-Miałabyś pięknego guza na czole- posłałem zdezorientowanej dziewczynie uśmieszek aby się po raz kolejny w tym samym dniu nie denerwowała. Widać, że ma niesamowite szczęście.
Ann?
Pomysł z wyjściem na zewnątrz był... cóż, niecodzienny. Mrok okolicy otaczał wszystko dookoła w tym nas, jedynie światło wydostające się z okien przedpotopowego budynku nieco oświetlało fragment parku. Jednak z każdym krokiem oddalaliśmy się dalej.
Popatrzyła na mnie, myśląc co odpowiedzieć. Widząc jak jej delikatne usta poruszają się, próbując coś wydusić z siebie, jakąś sensowną odpowiedź, uśmiechnąłem się lekko.
-Masz coś do mojego sweterka?- zmrużyła oczy.
-Oczywiście, że nie. Jest bardzo... ładny- szukałem odpowiedniego słowa, odwracając głowę by za chwilę nie dostać bury, że nie potrafię znaleźć lepszych określeń.
-Mówiąc „ładny” masz na myśli, że wyglądam w nim jak cocker spaniel?- skrzyżowała ręce na piersi.
-Ależ skąd- wzruszyłem ramionami- Mówię, że bardzo ładny. Gdybym miał sam bym taki założył- zwyliżyłem usta językiem, ukrywając zawadiacki uśmiech.
-Kłamiesz...
-Mówię prawdę. Daj mi tylko jeden to założę i jeśli sobie zażyczysz to będę paradował w nim po całej akademii- posłałem jej zapewniające spojrzenie, unosząc do góry brwi.
-Zapamiętam- pokiwała głową.
Liście drzew zaszumiały pod wpływem chłodnego wiatru, który omiótł nasze sylwetki i delikatnie musnął moją, odkrytą szyję. Tym samym odwróciłem wzrok od dziewczyny i spojrzałem w dal, gdzie ciemność spowijała drzewa w parku. Staliśmy na zakręcie, prawdopodobnie tuż obok znajdowała się droga, na końcu której znajdowała się brama wjazdowa.
-Próbujesz znaleźć sobie obrońców przed tym światem. Po to ci są potrzebne dobermany- stwierdziłem, choć to miało zabrzmieć jak pytanie.
Dziewczyna odwróciła się w moją stronę, lustrując swoimi szarymi oczami mój wyraz twarzy. I choć gestem się nie zgadzała, to w jej oczach można było zauważyć wątpliwości. Posłałem jej uśmiech i wskazałem na budynek.
-Chyba musimy już wracać- chwyciłem Annemarie za ramiona i odwróciłem w stronę wejściowych drzwi budynku- Nie chcę byś się przeziębiła- poczułem lekkie drgania jej ciała po grubym swetrem.
Weszliśmy do środka po schodach. Obydwoje wolnym krokiem przemierzaliśmy ciemny korytarz. Nie chciało nam się spać, ale wiedzieliśmy, że musimy być w pokojach. Było późno.
Jednak powolny marsz przerwał nam skrzypiący odgłos drzwi, które energicznie się otworzyły. Pierwszym odruchem było wyciągnięcie ręki w kierunku Ann. Chwyciłem ją za dłoń i przyciągnąłem do siebie, tym samym robiąc dwa kroki w tył i kierując spojrzenie na osobę, która właśnie wychodziła z pokoju.
-Miałabyś pięknego guza na czole- posłałem zdezorientowanej dziewczynie uśmieszek aby się po raz kolejny w tym samym dniu nie denerwowała. Widać, że ma niesamowite szczęście.
Ann?
Ashton
Imię: AshtonNazwisko: Irwin
Wiek: 19
Narodowość: Australijczyk
Płeć: mężczyzna
Charakter: Zacznijmy od najważniejszej rzeczy. Ashton nigdy nie ujawnia tego, co czuję naprawdę, więc jeśli chciałbyś dowiedzieć się o nim nieco więcej, musisz go po prostu dobrze poznać.
Anioł uwięziony w świecie zwykłych śmiertelników? Tak, chyba tak można by go w skrócie opisać. Ashton jest osobą bardzo, naprawdę bardzo dobrą. Nie potrafi patrzeć na krzywdę innych ludzi, czy zwierząt. Stara się pomagać każdemu, choć nie zawsze go na to stać. Nigdy nie odmówi pomocy. Nieraz daje od siebie więcej niż może, przez co sam cierpi. Nie zraża go to jednak. Zawsze stara się być uśmiechnięty. Kocha też patrzeć na uśmiechy innych. To samo tyczy się wywoływania ich.
Gdy idziesz przed siebie po szarej ulicy, przepełnionej równie szarymi ludźmi i nagle dostrzeżesz młodego chłopaka, próbującego ratować cały świat swoim uśmiechem, możesz być pewien, że właśnie spotkałeś Ashtona.
Chłopak marzy o otworzeniu własnej działalności charytatywnej, choć wie, z jakimi kosztami to się wiąże.
Mimo że wydaje się być otwartą osobą, jest wręcz przeciwnie. Ashton nie przepada za bliższymi relacjami z ludźmi. Wystarczy mu, że ktoś powie mu "cześć", bliższego kontaktu naprawdę nie potrzebuje. A może po prostu nie chce?
Zdecydowanie jest typem samotnika, bo zwyczajnie boi się tego kontaktu. Nie wyobraża sobie tego. Kiedyś miał przyjaciela. Najlepszego przyjaciela. Niestety, "przyjaciel" po prostu wykorzystywał Ashtona.
Rysopis: Ashton jest wysoki, bo mierzy 185 cm. Odznacza się wysportowaną sylwetką, a zwłaszcza umięśnionymi rękami, które wyćwiczył podczas grania na perkusji. Jego dość długie, brązowe loki często opadają na twarz w "artystycznym nieładzie". Czasami można zauważyć u niego lekki zarost, ale Ash nie planuje zapuszczać jakiejś brody, czy wąsów. Oczy chłopaka mają piękny, orzechowy kolor. Kiedyś jego kuzynka powiedziała mu, że potrafią hipnotyzować, ale Ashton w to nie wierzy. Oczy jak oczy.
Dziwnym znakiem rozpoznawczym chłopaka są duże dłonie.
Partner/ka *: Boi się jakiegokolwiek związku.
Głos *: Ashton Irwin
Nr pokoju *: 138
Klub *: -
Poziom: 1
Koń *: -
Inne *:
-Kocha grać na perkusji i wychodzi mu to całkiem nieźle.
-Chciałby dołączyć do jakiegoś świetnego zespołu jako perkusista.
-Uwielbia spaghetii.
-Nie lubi oliwek.
-Boi się ciemności.
-Jego szczęśliwą liczbą jest 18.
-Lubi ciężką muzykę.
Nick: Kocica123876
Od Katherine CD Flynna
Skończyłam głaskać wszystkie konie i wyszłam ze stajni kierując się w stronę budynku Uniwersytetu. Byłam bardzo głodna i niecierpliwie spoglądałam na zegarek. Została jeszcze godzina do obiadokolacji. Postanowiłam pójść do swojego pokoju i zacząć się rozpakowywać. W szybkim tempie pokonałam schody, potykając się o ostatni stopień. Runęłam na twardą podłogę. Wstałam niezdarnie. Zdarłam sobie łokcie i krew spływała powoli po moich rękach. Podwinęłam nogawki spodni, żeby sprawdzić czy kolana też są zdarte. Były. Syknęłam z bólu. Głupie schody. Krew niezwykle szybko zastygła, a jeszcze szybciej przestałam odczuwać ból, więc w końcu poszłam do pokoju, aby zaraz pójść na obiadokolację zapominając o ranach. Po drodze do kawiarni mój wzrok przykuwały roślinki, które wcale nie wyglądały na podlane. Weszłam do kawiarni i odszukałam wzrokiem Flynna. Siedział sam przy jednym ze stolików.
-Hej, jak poszło podlewanie roślinek?-spytałam kładąc łokcie umazane zaschniętą krwią na stoliku.
<Flynn?>
-Hej, jak poszło podlewanie roślinek?-spytałam kładąc łokcie umazane zaschniętą krwią na stoliku.
<Flynn?>
Od Annemarie CD Victora
Zapomnij, zapomnij, że widział cię całkiem nagusieńką, powtarzałam sobie. W pośpiechu ubrałam na siebie rozciągnięty, dziergany sweter, z którym prawie nigdy się nie rozstawałam, bo należałam do ludzi, potrafiących chodzić w swetrach nawet latem.
- Wyjdziemy na dwór? - Żałośnie próbowałam ucieczki.
Dusiłam się w sypialni, musiałam wyzbyć się wstrętnego wstydu. Victor rzucił oknu powątpiewające spojrzenie. Na zewnątrz było ciemno jak diabli, i to mi odpowiadało.
- Skoro chcesz - westchnął i oparł się o ścianę z wymuszoną swobodą.
Chwilę przyglądał mi się spod zmrużonych powiek, gdy moje oczy błądziły po nie tak bardzo zagraconym pokoju, szukając wełnianego szalika. Zanim odnalazłam chustkę, pochylił się nad biurkiem. Stanęłam obok Victora, czując bezpieczne ciepło jego ciała, ale nie odsunęłam się, bo cudownie pachniał. Miałam nieodpartą ochotę się w niego wtulić. Zamiast tego jednak postukałam koniuszkiem palca w otwartą encyklopedię ras psów.
- Chciałabym mieć kiedyś dwa dobermany - wyrzuciłam z siebie bez namysłu.
W zadumie opuszkiem pogładziłam zdjęcie psa, jakby nie była to tylko zimna ilustracja w książce. Myślał może minutę i podszedł do drzwi.
- Idziemy? - zapytał zaczepnym tonem.
Uśmiechnął się tak rozbrajająco, że zaparło mi dech. Powinnam się opamiętać, ale onieśmielona spuściłam oczy i po prostu wyszłam na korytarz. Jesień pożerała dzień coraz natarczywiej. Chłodny wiatr powiał nad okolicą, poruszył liście i pnącza, aż wreszcie cały cienisty, pachnący dymem park, wszystkie trawy rozszumiały się.
- Słyszałaś, że ludzie zwykle wyglądają podobnie do swoich psów? - zagadnął znienacka.
Jego oczy błyszczały jak mroźne, wygwieżdżone niebo.
- Tak... więc? - Zerknęłam na niego niepewnie.
- Więc chcesz mieć dwa dobermany - pochylił się, a jego ciepławy oddech owiał mój policzek - a wyglądasz jak cocker spaniel.
Vic?
- Wyjdziemy na dwór? - Żałośnie próbowałam ucieczki.
Dusiłam się w sypialni, musiałam wyzbyć się wstrętnego wstydu. Victor rzucił oknu powątpiewające spojrzenie. Na zewnątrz było ciemno jak diabli, i to mi odpowiadało.
- Skoro chcesz - westchnął i oparł się o ścianę z wymuszoną swobodą.
Chwilę przyglądał mi się spod zmrużonych powiek, gdy moje oczy błądziły po nie tak bardzo zagraconym pokoju, szukając wełnianego szalika. Zanim odnalazłam chustkę, pochylił się nad biurkiem. Stanęłam obok Victora, czując bezpieczne ciepło jego ciała, ale nie odsunęłam się, bo cudownie pachniał. Miałam nieodpartą ochotę się w niego wtulić. Zamiast tego jednak postukałam koniuszkiem palca w otwartą encyklopedię ras psów.
- Chciałabym mieć kiedyś dwa dobermany - wyrzuciłam z siebie bez namysłu.
W zadumie opuszkiem pogładziłam zdjęcie psa, jakby nie była to tylko zimna ilustracja w książce. Myślał może minutę i podszedł do drzwi.
- Idziemy? - zapytał zaczepnym tonem.
Uśmiechnął się tak rozbrajająco, że zaparło mi dech. Powinnam się opamiętać, ale onieśmielona spuściłam oczy i po prostu wyszłam na korytarz. Jesień pożerała dzień coraz natarczywiej. Chłodny wiatr powiał nad okolicą, poruszył liście i pnącza, aż wreszcie cały cienisty, pachnący dymem park, wszystkie trawy rozszumiały się.
- Słyszałaś, że ludzie zwykle wyglądają podobnie do swoich psów? - zagadnął znienacka.
Jego oczy błyszczały jak mroźne, wygwieżdżone niebo.
- Tak... więc? - Zerknęłam na niego niepewnie.
- Więc chcesz mieć dwa dobermany - pochylił się, a jego ciepławy oddech owiał mój policzek - a wyglądasz jak cocker spaniel.
Vic?
Od Judith
W końcu nadszedł ten upragniony dzień, poprzedzony miesiącami przygotowań, żeby wszystko było dopięte na ostatni guzik. Wyjazd do akademii znajdującej się w Wielkiej Brytanii. Trochę daleko od moich rodzinnych Stanów, ale czego się nie robi dla pasji! Może to dobrze mi zrobi? Pobyt wśród natury, koni i określonej grupy osób, z dala od tego miejskiego hałasu. Co prawda konie też za ciche nie są, ale wolę ich rżenie niż głośne klaksony aut stojących w korku. Wyjazd na lotnisko miałam już z samego rana, a rzeczy zapakowane dzień wcześniej do pojemnego bagażnika rodzinnego samochodu. Pobudkę miałam o czwartej rano. Rzadko kiedy spałam do późnej godziny, więc wstanie o tak wczesnej porze nie sprawiło mi zbyt wielkiego kłopotu. Byłam niesamowicie podekscytowana. Ubranie się, ogarnięcie bagażu podręcznego, śniadanie i w drogę. Wszystko szło w małym pośpiechu, jednak nie widać było z tego powodu, żeby ktoś był zdenerwowany. Jakiś czas później całą czwórką byliśmy na miejscu. Najpierw pożegnałam się ze starszym bratem, Carl’em, którego będzie mi bardzo brakować. Potem tata życzył mi powodzenia starając się opanować emocje, z trudem mu się to udawało. Na koniec została mama, która zdążyła się już rozkleić. Sama uroniłam kilka łez, co jest u mnie rzadko spotykanym widokiem. Potem dzielnie, z podniesioną głową, ruszyłam w stronę wejścia na pokład samolotu. Przygodo witaj!
~*~
Podczas długiego lotu zdążyłam przesłuchać całą playlistę, która swoją drogą była całkiem długa, i przeczytać dwie książki. Gdy już nie miałam czym się zająć, obserwowałam pasażerów. Wśród nich było kilka osób starszych, młodszych, dzieci i biznesmenów. Duża część osób spała lub wpatrywała się w okno. Dzieci zaś były zajęte graniem w gry na telefonie rodziców czy też oglądanie bajek. Ja zaś pogrążyłam się we własnych myślach, jak będzie, gdy już dotrę na miejsce. Przy okazji również skupiłam się na widoku za oknem. Migające chmury i ocean, a na nim kompletna pustka. Jakby nie było już nic, wszystko zniknęło. Po dłuższym czasie stało się to dosyć usypiające, więc bez wahania oddałam się w ramiona morfeusza.
~*~
Po długiej drzemce, regeneracji sił, obudził mnie głos stewardess, że jesteśmy na miejscu. Przetarłam leniwie oczy, rozciągając się jeszcze przy okazji. Faktycznie. Za oknem nie panowała już pustka. Plątało się za to pełno wózków, ludzi, samolotów i innych maszyn. Teraz kolejna długa droga.
~*~
Po czterech dniach byłam w końcu na miejscu. Jednak zmęczenie dawało mi o sobie nie miłosiernie, a był już wieczór. Przez które przejeżdżaliśmy wyglądało jak z innej epoki. Gdy dojechaliśmy do budynku Akademii, była chyba pora kolacji. Nikt raczej nie plątał się przy pokojach, więc na spokojnie mogłam zawlec swoje rzeczy do pokoju. Zaniesienie walizek i paru innych kartonów zajęło mi jakieś pół godziny. Resztkami sił biegałam w tą i z powrotem, byleby tylko mieć to już za sobą. Rzuciłam się na, o dziwo, wygodne łóżko i bym już spała, gdyby mój żołądek nie domagał się jedzenia. Z trudem podniosłam się, uprzedzając tą czynność jękiem bólu i rozpaczy, że muszę się jeszcze dzisiaj gdziekolwiek ruszać. Odnajdując plan budynku zorientowałam się, gdzie znajdę stołówkę. Człapałam tam, podtrzymując się trochę ściany. Kilka minut później stałam przed podwójnymi drzwiami. Nie było już tak głośno, chyba się już porozchodzili. Delikatnie je uchyliłam, wślizgując się do środka. Zgarnęłam kilka kanapek, czym prędzej udając się do ‘bunkru’, by tam w spokoju zaspokoić głód. Wzięłam jeszcze szybki prysznic i mogłam w końcu odpłynąć.
Następnego dnia obudziłam się dosyć wcześnie, jako że wczorajszego wieczora położyłam się wcześniej spać. Pierwszy widok, jaki zastałam po otwarciu oczu, to multum rzeczy stojących na środku pokoju i czekających na rozpakowanie. Westchnęłam cicho i machnęłam na nie jedynie ręką. Dobrze, że zdążyłam się już przestawić z godzinami, inaczej miałabym mały problem. Ubrałam jakieś cieplejsze dresy, bluza i zrobiłam małą rozgrzewkę. Nie znałam jeszcze okolicy, ale miałam nadzieję, że uda mi się nie zgubić już pierwszego dnia tutaj. Słońce dopiero co wschodziło, a wszędzie wokół panowała cisza. Dodatkowo nad trawą unosiła się jeszcze mgła. Widok po prostu nieziemski. Dzisiaj moja trasa nie należała do długich. Oddaliłam się tylko do tego momentu, do którego będę widzieć budynek akademii. Jednak, żeby sobie to jakoś zrekompensować, postanowiłam skorzystać z okazji, że konie nie zostały jeszcze wypuszczone i przejść się po padoku. Jak to wczesną porą - było chłodno, ale jakoś za bardzo mi to nie przeszkadzało. Usiadłam więc gdzieś pod płotem, opierając się o niego plecami i przymykając oczy, chcąc napawać tą piękną porą. Można by rzec, że wręcz wyłączyłam się, skupiając na budzącej naturze. Zignorowałam kompletnie fakt, że ktoś mógłby tu teraz przyjść i patrzyć na mnie jak na jakąś nienormalną. Jednak czy mnie to obchodziło? W sumie od zawsze nie za bardzo przejmowałam się opinią ludzi na mój temat. Otworzyłam więc delikatnie oczy, słysząc czyjeś kroki zbliżające się w moją stronę. Po chwili, odrobinę za mną, pojawił się jakiś chłopak. Przynajmniej tyle udało mi się dostrzec kątem oka. Odezwać się, czy milczeć dalej? Wstać i odejść czy może dołączyć do niego? Chociaż może gdyby pragnął rozmowy, sam by ją zaczął? Albo się krępował? Miliardy pytań tego typu plątały się po mojej głowie. Nie! Stop! Za dużo tego! Trzeba podejść do tego wszystkiego na luzie. Już nawet byłam gotowa zacząć tą rozmowę, ale nic sensownego nie przychodziło mi do głowy. Czy zwykłe ‘hej’ wystarczy? Nie, to chyba zarezerwowane do chociażby znajomych, a ja nawet nie znam jego imienia. ‘Uczysz się tutaj?’ też głupie pytanie. To tak jakby spytać… Nie, nawet coś takiego nie przychodziło mi do głowy. Zrezygnowałam z małym bólem serca z podjęcia jakiejkolwiek próby rozmowy co wcale nie oznaczało, że nie chcę rozmawiać.
<Harry?>
~*~
Podczas długiego lotu zdążyłam przesłuchać całą playlistę, która swoją drogą była całkiem długa, i przeczytać dwie książki. Gdy już nie miałam czym się zająć, obserwowałam pasażerów. Wśród nich było kilka osób starszych, młodszych, dzieci i biznesmenów. Duża część osób spała lub wpatrywała się w okno. Dzieci zaś były zajęte graniem w gry na telefonie rodziców czy też oglądanie bajek. Ja zaś pogrążyłam się we własnych myślach, jak będzie, gdy już dotrę na miejsce. Przy okazji również skupiłam się na widoku za oknem. Migające chmury i ocean, a na nim kompletna pustka. Jakby nie było już nic, wszystko zniknęło. Po dłuższym czasie stało się to dosyć usypiające, więc bez wahania oddałam się w ramiona morfeusza.
~*~
Po długiej drzemce, regeneracji sił, obudził mnie głos stewardess, że jesteśmy na miejscu. Przetarłam leniwie oczy, rozciągając się jeszcze przy okazji. Faktycznie. Za oknem nie panowała już pustka. Plątało się za to pełno wózków, ludzi, samolotów i innych maszyn. Teraz kolejna długa droga.
~*~
Po czterech dniach byłam w końcu na miejscu. Jednak zmęczenie dawało mi o sobie nie miłosiernie, a był już wieczór. Przez które przejeżdżaliśmy wyglądało jak z innej epoki. Gdy dojechaliśmy do budynku Akademii, była chyba pora kolacji. Nikt raczej nie plątał się przy pokojach, więc na spokojnie mogłam zawlec swoje rzeczy do pokoju. Zaniesienie walizek i paru innych kartonów zajęło mi jakieś pół godziny. Resztkami sił biegałam w tą i z powrotem, byleby tylko mieć to już za sobą. Rzuciłam się na, o dziwo, wygodne łóżko i bym już spała, gdyby mój żołądek nie domagał się jedzenia. Z trudem podniosłam się, uprzedzając tą czynność jękiem bólu i rozpaczy, że muszę się jeszcze dzisiaj gdziekolwiek ruszać. Odnajdując plan budynku zorientowałam się, gdzie znajdę stołówkę. Człapałam tam, podtrzymując się trochę ściany. Kilka minut później stałam przed podwójnymi drzwiami. Nie było już tak głośno, chyba się już porozchodzili. Delikatnie je uchyliłam, wślizgując się do środka. Zgarnęłam kilka kanapek, czym prędzej udając się do ‘bunkru’, by tam w spokoju zaspokoić głód. Wzięłam jeszcze szybki prysznic i mogłam w końcu odpłynąć.
Następnego dnia obudziłam się dosyć wcześnie, jako że wczorajszego wieczora położyłam się wcześniej spać. Pierwszy widok, jaki zastałam po otwarciu oczu, to multum rzeczy stojących na środku pokoju i czekających na rozpakowanie. Westchnęłam cicho i machnęłam na nie jedynie ręką. Dobrze, że zdążyłam się już przestawić z godzinami, inaczej miałabym mały problem. Ubrałam jakieś cieplejsze dresy, bluza i zrobiłam małą rozgrzewkę. Nie znałam jeszcze okolicy, ale miałam nadzieję, że uda mi się nie zgubić już pierwszego dnia tutaj. Słońce dopiero co wschodziło, a wszędzie wokół panowała cisza. Dodatkowo nad trawą unosiła się jeszcze mgła. Widok po prostu nieziemski. Dzisiaj moja trasa nie należała do długich. Oddaliłam się tylko do tego momentu, do którego będę widzieć budynek akademii. Jednak, żeby sobie to jakoś zrekompensować, postanowiłam skorzystać z okazji, że konie nie zostały jeszcze wypuszczone i przejść się po padoku. Jak to wczesną porą - było chłodno, ale jakoś za bardzo mi to nie przeszkadzało. Usiadłam więc gdzieś pod płotem, opierając się o niego plecami i przymykając oczy, chcąc napawać tą piękną porą. Można by rzec, że wręcz wyłączyłam się, skupiając na budzącej naturze. Zignorowałam kompletnie fakt, że ktoś mógłby tu teraz przyjść i patrzyć na mnie jak na jakąś nienormalną. Jednak czy mnie to obchodziło? W sumie od zawsze nie za bardzo przejmowałam się opinią ludzi na mój temat. Otworzyłam więc delikatnie oczy, słysząc czyjeś kroki zbliżające się w moją stronę. Po chwili, odrobinę za mną, pojawił się jakiś chłopak. Przynajmniej tyle udało mi się dostrzec kątem oka. Odezwać się, czy milczeć dalej? Wstać i odejść czy może dołączyć do niego? Chociaż może gdyby pragnął rozmowy, sam by ją zaczął? Albo się krępował? Miliardy pytań tego typu plątały się po mojej głowie. Nie! Stop! Za dużo tego! Trzeba podejść do tego wszystkiego na luzie. Już nawet byłam gotowa zacząć tą rozmowę, ale nic sensownego nie przychodziło mi do głowy. Czy zwykłe ‘hej’ wystarczy? Nie, to chyba zarezerwowane do chociażby znajomych, a ja nawet nie znam jego imienia. ‘Uczysz się tutaj?’ też głupie pytanie. To tak jakby spytać… Nie, nawet coś takiego nie przychodziło mi do głowy. Zrezygnowałam z małym bólem serca z podjęcia jakiejkolwiek próby rozmowy co wcale nie oznaczało, że nie chcę rozmawiać.
<Harry?>
Od Harrego CD Annemarie
-Ładnie pachniesz, wiesz? - mruknąłem cicho do jej ucha. Ciało Anne spięło się, poczułem jak zaciska dłonie na moich barkach. Poruszaliśmy się po parkiecie, krążąc w rytm muzyki, wśród par. Sam zamknąłem na chwilę oczy i pozwoliłem oddać się tańcu. Głowa dziewczyny wciąż spoczywała na mojej piersi, czułem jak jej aksamitne włosy gligoczą moją klatkę. - Wybaczysz mi na chwilę?
Blondynka uniosła głowę i spojrzała mi w oczy. Poczułem jak przez moje ciało przepływa ładunek elektryczny. Wzdrygnąłem się i przymrużyłem oczy. Znałem to uczucie doskonale. Zdejmując dłonie z talii Annemarie, przeprosiłem dziewczynę jeszcze raz, po czym wyszedłem z pomieszczenia. Trzasnąłem drzwiami, które zaskrzypiały głośno na zawiasach. Westchnąłem przeciągle, po czym wyjąłem drżącymi rękoma, telefon z kieszeni spodni. Z małymi kłopotami, kliknąłem ikonkę 'Galeria'. Nie musiałem długo przewijać. Przez przypadek włączyłem powiększenie. Teraz na cały ekran zajmowało zdjęcie długonogiej blondynki, w różowej, tiulowej, sukni do połowy uda, na srebrnych szpilkach, całującą mnie ceremonialnie w usta, które mam wykrzywione w uśmiechu. Rzuciłem komórką na ławkę, która stała na korytarzu. Nie przejmowałem się czy zbiła się czy nie. Rękoma przeczesałem włosy i przetarłem oczy nie odrywając wzroku od obudowy mojego smartwona. Miałem ogromną ochotę na papierosa. Puls przyśpieszył mi znacznie. Byłem rozzłoszczony i zrozpaczony za razem. Nie nosiłem ze sobą lekarstw na serce. Uważałem, że to śmieszne, nie jestem żadnym dziadkiem, żeby nosić saszetkę pełną proszków. Jedyne, co przy sobie miałem i co mogłem uznać za lek, były fajki. Drżącymi rękoma wyjąłem jednego szluga z paczki, który wypadł mi na podłogę, przez moje nagłe ruchy dłońmi.
-Cholera...-warknąłem schylając się. Wtedy poczułem mocne ukłucie w piersi i zastygłem przez chwilę w tej dziwnej pozycji, w jakiej się znajdowałem. Przed oczami zaczęło mi się mroczyć. Chcąc wycofać się na siedzenie, zahaczyłem butem o dywan, który wykładał podłogę w całym gmachu, i poleciałem jak długi na plecy. Wywołało to okropny hałas. Krzyknąłem cicho, a raczej wypuściłem powietrze z płuc z świtem. Nie mogłem zaczerpnąć oddechu, zupełnie nic nie widziałem, a serce biło mi jak szalone.
<Anne? Kto mi przyjdzie na ratunek? hahaha>
Blondynka uniosła głowę i spojrzała mi w oczy. Poczułem jak przez moje ciało przepływa ładunek elektryczny. Wzdrygnąłem się i przymrużyłem oczy. Znałem to uczucie doskonale. Zdejmując dłonie z talii Annemarie, przeprosiłem dziewczynę jeszcze raz, po czym wyszedłem z pomieszczenia. Trzasnąłem drzwiami, które zaskrzypiały głośno na zawiasach. Westchnąłem przeciągle, po czym wyjąłem drżącymi rękoma, telefon z kieszeni spodni. Z małymi kłopotami, kliknąłem ikonkę 'Galeria'. Nie musiałem długo przewijać. Przez przypadek włączyłem powiększenie. Teraz na cały ekran zajmowało zdjęcie długonogiej blondynki, w różowej, tiulowej, sukni do połowy uda, na srebrnych szpilkach, całującą mnie ceremonialnie w usta, które mam wykrzywione w uśmiechu. Rzuciłem komórką na ławkę, która stała na korytarzu. Nie przejmowałem się czy zbiła się czy nie. Rękoma przeczesałem włosy i przetarłem oczy nie odrywając wzroku od obudowy mojego smartwona. Miałem ogromną ochotę na papierosa. Puls przyśpieszył mi znacznie. Byłem rozzłoszczony i zrozpaczony za razem. Nie nosiłem ze sobą lekarstw na serce. Uważałem, że to śmieszne, nie jestem żadnym dziadkiem, żeby nosić saszetkę pełną proszków. Jedyne, co przy sobie miałem i co mogłem uznać za lek, były fajki. Drżącymi rękoma wyjąłem jednego szluga z paczki, który wypadł mi na podłogę, przez moje nagłe ruchy dłońmi.
-Cholera...-warknąłem schylając się. Wtedy poczułem mocne ukłucie w piersi i zastygłem przez chwilę w tej dziwnej pozycji, w jakiej się znajdowałem. Przed oczami zaczęło mi się mroczyć. Chcąc wycofać się na siedzenie, zahaczyłem butem o dywan, który wykładał podłogę w całym gmachu, i poleciałem jak długi na plecy. Wywołało to okropny hałas. Krzyknąłem cicho, a raczej wypuściłem powietrze z płuc z świtem. Nie mogłem zaczerpnąć oddechu, zupełnie nic nie widziałem, a serce biło mi jak szalone.
<Anne? Kto mi przyjdzie na ratunek? hahaha>
Judith
Imię: Judith
Nazwisko: Willaine
Wiek: 17 lat
Narodowość: Amerykanka
Płeć: Kobieta
Charakter: Judith, mimo swojego pochodzenia, nie należy do stereotypowego Amerykanina, którego język jest dosyć wulgarny i najchętniej chodziłby z kałachem w ręce po mieście. Dziewczyna jest raczej mieszanką wszystkiego, a jej osoba w jakimś stopniu owiana jest tajemnicą. Da się u niej zauważyć przejawy introwertyzmu. Ze względu na swój niewyparzony język, woli trzymać się z dala od ludzi niż żeby potem wszyscy byli na nią obrażeni za szczerość. Judith jest raczej bezpośrednia w tym, co mówi. Nie ma zahamowań, wali prosto z mostu. Nie znaczy to, że nie potrafi kłamać. Miewa huśtawki nastroju. Możesz ją spotkać z uśmiechem na twarzy, by po jakimś czasie wyglądała jak wściekłe, dzikie zwierzę. Podczas robienia czegoś skupia swoją uwagę wyłącznie na tym i prawie niemożliwe jest zdekoncentrowanie jej. Nie lubi zostawiać niedokończonych spraw. Zawsze musi wszystko być wykonane na sto procent. Podczas jakichkolwiek zajęć daje z siebie wszystko, co świadczy o jej determinacji. Nie boi się podejmować wyzwań. Jest odważna i pewna siebie, co dodatkowo ją nakręca. Rzadko kiedy działa pochopnie, wszystko musi dobrze przemyśleć. Na co dzień raczej spokojna, ale jak każdy miewa napady agresji i gniewu. Wychodzi wtedy zazwyczaj na długi spacer w samotności, żeby móc się wykrzyczeć i ochłonąć. Stara się zachować zimną krew w skrajnych przypadkach, a wychodzi to różnie. Jest raczej typem obserwatora. Często, zanim kogoś pozna, obserwuje go. Nie łatwo zdobyć jej zaufanie, co często graniczy z niemożliwym. Do ludzi podchodzi z dystansem. Sama czasami porównuje się do dzikiego konia, którego powoli trzeba ze sobą oswajać. Jeśli chodzi o nowo poznane osoby, jej twarz często jest obojętna i ma się wrażenie, jakby w ogóle nie była zainteresowana rozmową, a wręcz była nią znudzona. Trudno ją rozgryźć, nigdy nie wiadomo o czym myśli, co zamierza.
Teraz o kolejnym obliczu Judith. Ta “twarz” zarezerwowana jest dla najbliższych jej osób. To wesoła, pomocna dziewczyna, która chętnie pomoże w miarę swoich możliwości. Nigdy nie da skrzywdzić bliskich, zawsze staje w ich obronie, nawet jeśli tym samym naraża siebie. Lubi pożartować.
W stosunku do zwierząt wykazuje się niezwykłą cierpliwością i delikatnością. Bywa i tak, że traktuje je lepiej od ludzi. Zachowuje największą ostrożność, ale nie przesadza. Zachowuje się też pewnie w stosunku do nich, nie okazuje strachu.
Rysopis: Judith to szczupła, wysoka dziewczyna, mierząca 175 cm. Urocza brunetka o błękitnych, przenikliwych oczach. Dba o siebie, każdego dnia biegając. Jednak nie to przyciąga uwagę. Charakterystyczną rzeczą w jej wyglądzie są tatuaże. Zaczynając od ośmiornicy, twarzy i innych dziwów na rękach, wielkiej ćmy i napisów na obojczyku, rekina na brzuchu, poprzez geometrycznego jelenia na lewym udzie, paru innych nie stworzonych rzeczy na prawym, robaki, twarz, rośliny i napisy na łydkach, kończąc na dwóch różach, po jednej w okolicach kostek. A to wszytko wypisane na jednym tchu. Sporo tego, nie wiadomo, kiedy je wszystkie sobie zrobiła, ale ona nie żałuje, mimo iż wielu już krzywiło się na ich widok u tak młodej dziewczyny.
Partner: Był taki jeden, ale zniknął równie szybko, jak się pojawił.
Głos *: Anna Karwan
Nr pokoju *: 147
Klub *: II
Poziom: 1
Koń *: -
Inne *:
- Interesuje się behawiorystyką.
- Gra na gitarze akustycznej, keyboardzie i trochę na perkusji, czasem śpiewa.
- Uwielbia długie, wieczorne spacery.
- Często słucha starych kawałków.
- Tańczy od sześciu lat.
- Hobbystycznie rysuje, szkicuje, fotografuje, ogólnie, interesuje się sztuką w jakimś tam małym stopniu.
- Od trzech lat pasjonuje się też gimnastyką artystyczną.
- Już od najmłodszych lat przejawiała zamiłowanie do gotowania, dzięki czemu kuchnia stała się jej małym azylem.
- Codziennie rano biega.
- Uwielbia motocykle, a jej ulubionym modelem jest Harley.
- Zna się poniekąd na motoryzacji.
- Pije i pali okazjonalnie.
Nick: Misza213
Nazwisko: Willaine
Wiek: 17 lat
Narodowość: Amerykanka
Płeć: Kobieta
Charakter: Judith, mimo swojego pochodzenia, nie należy do stereotypowego Amerykanina, którego język jest dosyć wulgarny i najchętniej chodziłby z kałachem w ręce po mieście. Dziewczyna jest raczej mieszanką wszystkiego, a jej osoba w jakimś stopniu owiana jest tajemnicą. Da się u niej zauważyć przejawy introwertyzmu. Ze względu na swój niewyparzony język, woli trzymać się z dala od ludzi niż żeby potem wszyscy byli na nią obrażeni za szczerość. Judith jest raczej bezpośrednia w tym, co mówi. Nie ma zahamowań, wali prosto z mostu. Nie znaczy to, że nie potrafi kłamać. Miewa huśtawki nastroju. Możesz ją spotkać z uśmiechem na twarzy, by po jakimś czasie wyglądała jak wściekłe, dzikie zwierzę. Podczas robienia czegoś skupia swoją uwagę wyłącznie na tym i prawie niemożliwe jest zdekoncentrowanie jej. Nie lubi zostawiać niedokończonych spraw. Zawsze musi wszystko być wykonane na sto procent. Podczas jakichkolwiek zajęć daje z siebie wszystko, co świadczy o jej determinacji. Nie boi się podejmować wyzwań. Jest odważna i pewna siebie, co dodatkowo ją nakręca. Rzadko kiedy działa pochopnie, wszystko musi dobrze przemyśleć. Na co dzień raczej spokojna, ale jak każdy miewa napady agresji i gniewu. Wychodzi wtedy zazwyczaj na długi spacer w samotności, żeby móc się wykrzyczeć i ochłonąć. Stara się zachować zimną krew w skrajnych przypadkach, a wychodzi to różnie. Jest raczej typem obserwatora. Często, zanim kogoś pozna, obserwuje go. Nie łatwo zdobyć jej zaufanie, co często graniczy z niemożliwym. Do ludzi podchodzi z dystansem. Sama czasami porównuje się do dzikiego konia, którego powoli trzeba ze sobą oswajać. Jeśli chodzi o nowo poznane osoby, jej twarz często jest obojętna i ma się wrażenie, jakby w ogóle nie była zainteresowana rozmową, a wręcz była nią znudzona. Trudno ją rozgryźć, nigdy nie wiadomo o czym myśli, co zamierza.
Teraz o kolejnym obliczu Judith. Ta “twarz” zarezerwowana jest dla najbliższych jej osób. To wesoła, pomocna dziewczyna, która chętnie pomoże w miarę swoich możliwości. Nigdy nie da skrzywdzić bliskich, zawsze staje w ich obronie, nawet jeśli tym samym naraża siebie. Lubi pożartować.
W stosunku do zwierząt wykazuje się niezwykłą cierpliwością i delikatnością. Bywa i tak, że traktuje je lepiej od ludzi. Zachowuje największą ostrożność, ale nie przesadza. Zachowuje się też pewnie w stosunku do nich, nie okazuje strachu.
Rysopis: Judith to szczupła, wysoka dziewczyna, mierząca 175 cm. Urocza brunetka o błękitnych, przenikliwych oczach. Dba o siebie, każdego dnia biegając. Jednak nie to przyciąga uwagę. Charakterystyczną rzeczą w jej wyglądzie są tatuaże. Zaczynając od ośmiornicy, twarzy i innych dziwów na rękach, wielkiej ćmy i napisów na obojczyku, rekina na brzuchu, poprzez geometrycznego jelenia na lewym udzie, paru innych nie stworzonych rzeczy na prawym, robaki, twarz, rośliny i napisy na łydkach, kończąc na dwóch różach, po jednej w okolicach kostek. A to wszytko wypisane na jednym tchu. Sporo tego, nie wiadomo, kiedy je wszystkie sobie zrobiła, ale ona nie żałuje, mimo iż wielu już krzywiło się na ich widok u tak młodej dziewczyny.
Partner: Był taki jeden, ale zniknął równie szybko, jak się pojawił.
Głos *: Anna Karwan
Nr pokoju *: 147
Klub *: II
Poziom: 1
Koń *: -
Inne *:
- Interesuje się behawiorystyką.
- Gra na gitarze akustycznej, keyboardzie i trochę na perkusji, czasem śpiewa.
- Uwielbia długie, wieczorne spacery.
- Często słucha starych kawałków.
- Tańczy od sześciu lat.
- Hobbystycznie rysuje, szkicuje, fotografuje, ogólnie, interesuje się sztuką w jakimś tam małym stopniu.
- Od trzech lat pasjonuje się też gimnastyką artystyczną.
- Już od najmłodszych lat przejawiała zamiłowanie do gotowania, dzięki czemu kuchnia stała się jej małym azylem.
- Codziennie rano biega.
- Uwielbia motocykle, a jej ulubionym modelem jest Harley.
- Zna się poniekąd na motoryzacji.
- Pije i pali okazjonalnie.
Nick: Misza213
Od Annemarie CD Harrego
Zarzuciwszy sobie torbę na ramię, podniosłam słoneczne spojrzenie szarych oczu na piegowatą twarz chłopaka. Splotłam ze sobą palce moich dłoni, które zawisły nieopodal brzucha. Harry stał obok i przypatrywał mi się cierpliwie. Z sali, gdzie została tylko guwernantka, wyszliśmy jednocześnie, omal nie wpadając na siebie w progu. To, że za spóźnienie dostałam od nauczycielki jutro dwie godziny prac w ogrodzie zdążyło zejść już na drugi plan.
- Chodźmy za innymi! - poleciłam ze śmiechem, biorąc go od ramię i ciągnąc wyściełanym bordowym dywanem korytarzem.
- Nie wiesz jak trafić na następne zajęcia? - zapytał ze zdziwieniem, a w jego głosie pobrzmiewała lekka kpina.
Pokręciłam głową tak gwałtownie, że kosmyki włosów opadły mi bezładnie na czoło. Chłopak już sięgał, aby je odgarnąć, ale opamiętał się w ostatniej chwili. Zrobiłam krok do przodu, jednak on nadal stał w miejscu.
- Odwołali francuski - odrzekłam powoli i zerknęłam szybciutko za siebie, żeby sprawdzić czy inni studenci nie zniknęli nam z oczu. - Zamiast tego sprowadzili jakiegoś pana, który prowadzi lekcje tańców - wyjaśniłam, łapiąc uprzednio oddech.
Ciężko było powiedzieć, czy chłopak się cieszy, czy raczej złości, lecz z pewnością był zaskoczony. Nic dziwnego, profesor wspomniała o tym, zanim pojawił się w drzwiach. Nie byłam dobrą tancerką, ale znacznie bardziej nie przepadałam za francuskim.
- Tylko na dzisiaj? - zapytał, gdy biegliśmy za pozostałymi uczniami.
- Tak - wyspałam.
Dotarliśmy pod drzwi, których nigdy wcześniej nie widziałam. Miały delikatne, eleganckie zdobienia, ale farba odpadała już ze starego drewna. Kusiły mnie, by przesunąć po skrzydle opuszkami palców, jednak po chwili wahania podążyłam za Harrym. Stał już w tłumku podekscytowanych ludzi, nie podzielając ich entuzjazmu.
- Dobierzcie się pary. Zatańczymy tradycyjny taniec szkoły - odezwał się zgarbiony, siwiejący starszy pan, sama skóra i kości.
Dokładnie nie wiem, jak skończyłam w ramionach Harrego. Nieśmiało ułożyłam dłonie na silnych barkach chłopaka, podczas gdy jego obejmowały mnie w talii. Lecąca z magnetofonu melodia była prześliczna i usypiająca. Z klejącymi się powiekami, całkiem niechcący oparłam policzek na jego piersi.
Harry?
- Chodźmy za innymi! - poleciłam ze śmiechem, biorąc go od ramię i ciągnąc wyściełanym bordowym dywanem korytarzem.
- Nie wiesz jak trafić na następne zajęcia? - zapytał ze zdziwieniem, a w jego głosie pobrzmiewała lekka kpina.
Pokręciłam głową tak gwałtownie, że kosmyki włosów opadły mi bezładnie na czoło. Chłopak już sięgał, aby je odgarnąć, ale opamiętał się w ostatniej chwili. Zrobiłam krok do przodu, jednak on nadal stał w miejscu.
- Odwołali francuski - odrzekłam powoli i zerknęłam szybciutko za siebie, żeby sprawdzić czy inni studenci nie zniknęli nam z oczu. - Zamiast tego sprowadzili jakiegoś pana, który prowadzi lekcje tańców - wyjaśniłam, łapiąc uprzednio oddech.
Ciężko było powiedzieć, czy chłopak się cieszy, czy raczej złości, lecz z pewnością był zaskoczony. Nic dziwnego, profesor wspomniała o tym, zanim pojawił się w drzwiach. Nie byłam dobrą tancerką, ale znacznie bardziej nie przepadałam za francuskim.
- Tylko na dzisiaj? - zapytał, gdy biegliśmy za pozostałymi uczniami.
- Tak - wyspałam.
Dotarliśmy pod drzwi, których nigdy wcześniej nie widziałam. Miały delikatne, eleganckie zdobienia, ale farba odpadała już ze starego drewna. Kusiły mnie, by przesunąć po skrzydle opuszkami palców, jednak po chwili wahania podążyłam za Harrym. Stał już w tłumku podekscytowanych ludzi, nie podzielając ich entuzjazmu.
- Dobierzcie się pary. Zatańczymy tradycyjny taniec szkoły - odezwał się zgarbiony, siwiejący starszy pan, sama skóra i kości.
Dokładnie nie wiem, jak skończyłam w ramionach Harrego. Nieśmiało ułożyłam dłonie na silnych barkach chłopaka, podczas gdy jego obejmowały mnie w talii. Lecąca z magnetofonu melodia była prześliczna i usypiająca. Z klejącymi się powiekami, całkiem niechcący oparłam policzek na jego piersi.
Harry?
sobota, 24 września 2016
Od Victora CD Annemarie
Tak naprawdę nawet nie wiem po co tam wchodziłem. A przynajmniej nie spodziewałem się zastać dziewczyny w takiej sytuacji. Zerknąłem na jej nagie, delikatne ciało i na bladą karnacje. Jednak po chwili mój wzrok zaczął błądzić po pokoju, jakbym szukał pewnego miejsca do patrzenia, zamiast się odwrócić i wyjść.
Tak Victor, jesteś kompletnym debilem, który wchodzi bez pytania bądź pukania do obcego pokoju. Jeszcze jakbyś miał w tym jakiś interes, ale nie. Ty jako skończony idiota wpadasz na genialny pomysł wbicia do prywatnego pomieszczenia osoby, którą znasz szczerze mówiąc z widzenia.
Pomimo całej sytuacji nie spodziewałem się takiej reakcji dziewczyny. To była propozycja. Niby normalna, ale nie każdy wpadłby na taki pomysł po takim zdarzeniu. Miałem właśnie szybkim krokiem wrócić do swojego pokoju . To znaczy uciec- nazywajmy słowa po imieniu. Jednak głos Annemarie zatrzymał mnie i automatycznie zmusił do przemyślenia decyzji dziewczyny. Nie byłem pewien czy wypada. Nie lubiłem się narzucać, a zrobiłem głupstwo. Zresztą po co ja się tak karcę?
-Ten pomysł z ubraniem się jest dobry- odezwałem się po chwili ciszy, która zapanowała chwilę po moim wyjściu.
-Masz racje- odpowiedziała, choć sama przecież to stwierdziła. Była chyba zbyt zakłopotana, zresztą nie dziwię jej się.
-W takim razie ubierz się, a jak będziesz gotowa to daj znać- oparłem się plecami o ścianę, nadal trzymając ręce w kieszeni od bluzy- I tym razem postaram się nie wchodzić- mimowolnie moje kąciki ust delikatnie się podniosły.
Nie wiem jaka była reakcja Annemarie. Nadal nie miałem pewności jak to przyjęła. Być może była zła, choć doskonale to ukrywała. Tak czy inaczej to tez był czas by wybadać jak tak naprawdę zareagowała. Nic nie zmieniało faktu, że musiałem ją w jakiś sposób przeprosić. Nawet jeśli zapewniałaby, że nic takiego się nie stało. A stało i czułem się winny.
Po chwili dziewczyna wyszła zza uchylonych drzwi, ubrana w luźne rzeczy. Odwróciłem głowę w jej kierunku, a moje spojrzenie pytało czy tym razem bez problemu mogę wejść do środka. Ruchem głowy zaprosiła mnie do środka.
-Na prawdę przepraszam- stanąłem przed nią, tym razem patrząc jej w oczy- Co jak co, ale nie powinienem wchodzić do twojego pokoju.
Annemarie?
Tak Victor, jesteś kompletnym debilem, który wchodzi bez pytania bądź pukania do obcego pokoju. Jeszcze jakbyś miał w tym jakiś interes, ale nie. Ty jako skończony idiota wpadasz na genialny pomysł wbicia do prywatnego pomieszczenia osoby, którą znasz szczerze mówiąc z widzenia.
Pomimo całej sytuacji nie spodziewałem się takiej reakcji dziewczyny. To była propozycja. Niby normalna, ale nie każdy wpadłby na taki pomysł po takim zdarzeniu. Miałem właśnie szybkim krokiem wrócić do swojego pokoju . To znaczy uciec- nazywajmy słowa po imieniu. Jednak głos Annemarie zatrzymał mnie i automatycznie zmusił do przemyślenia decyzji dziewczyny. Nie byłem pewien czy wypada. Nie lubiłem się narzucać, a zrobiłem głupstwo. Zresztą po co ja się tak karcę?
-Ten pomysł z ubraniem się jest dobry- odezwałem się po chwili ciszy, która zapanowała chwilę po moim wyjściu.
-Masz racje- odpowiedziała, choć sama przecież to stwierdziła. Była chyba zbyt zakłopotana, zresztą nie dziwię jej się.
-W takim razie ubierz się, a jak będziesz gotowa to daj znać- oparłem się plecami o ścianę, nadal trzymając ręce w kieszeni od bluzy- I tym razem postaram się nie wchodzić- mimowolnie moje kąciki ust delikatnie się podniosły.
Nie wiem jaka była reakcja Annemarie. Nadal nie miałem pewności jak to przyjęła. Być może była zła, choć doskonale to ukrywała. Tak czy inaczej to tez był czas by wybadać jak tak naprawdę zareagowała. Nic nie zmieniało faktu, że musiałem ją w jakiś sposób przeprosić. Nawet jeśli zapewniałaby, że nic takiego się nie stało. A stało i czułem się winny.
Po chwili dziewczyna wyszła zza uchylonych drzwi, ubrana w luźne rzeczy. Odwróciłem głowę w jej kierunku, a moje spojrzenie pytało czy tym razem bez problemu mogę wejść do środka. Ruchem głowy zaprosiła mnie do środka.
-Na prawdę przepraszam- stanąłem przed nią, tym razem patrząc jej w oczy- Co jak co, ale nie powinienem wchodzić do twojego pokoju.
Annemarie?
Od Harrego CD Annemarie
-Jak chcesz możesz wejść pierwsza. - powiedziałem widząc jak waha się przed otworzeniem drzwi od klasy - Odliczę dwie minuty i dopiero wejdę, okej?
Kiwnęła głową, wprawiając w w ruch burzę swoich złocistych loków. Rzuciła mi jeszcze swój piękny uśmiech, po czym zniknęła po drugiej stronie. Spojrzałem na zegarek, który cichutko cykał na mojej dłoni. Wskazówki przemieszczały się po woli. Ziewnąłem nie odwracając wzroku od tarczy. Kiedy już wybiła 'moja godzina' chwyciłem za klamkę, po czym wkroczyłem do klasy. Trwała już normalna lekcja, uczniowie w swoich ławkach bazgrali coś w zeszytach, a nauczyciel szarpał kredą po tablicy. Moje wejście wywołało małe zamieszanie. Wszyscy, oprócz Annemarie, porzucili swoje dotychczasowe zajęcia i patrzyli na mnie. Przełknąłem ślinę, zaciskając mocno dłonie na książkach.
- Przepraszam, za spóźnienie...pani profesor - odparłem lekko zachrypniętym głosem.
- To ty jesteś nowym uczniem?- zapytała młoda kobieta, odchodząc od tablicy i podchodząc biurka. Usiadła na krześle i otworzyła leżący przed nią dziennik. - Pan Harry Williams? - kiwnąłem głową - Zajmij miejsce. A klasa niech wraca do pracy, a nie się obija!
Według polecenia usiadłem w wolnej ławce, na końcu sali. Lekcja minęła wyjątkowo szybko. Kiedy zadzwonił dzwonek, nie za bardzo wiedziałem, co się dzieje. Wszyscy podnieśli się z miejsc i opuścili klasę robiąc przy tym dużo hałasu. Wychodząc rzuciłem spojrzenie na klasę - Anne pakowała się jeszcze. Postanowiłem zaczekać na nią.
<Anne?>
Kiwnęła głową, wprawiając w w ruch burzę swoich złocistych loków. Rzuciła mi jeszcze swój piękny uśmiech, po czym zniknęła po drugiej stronie. Spojrzałem na zegarek, który cichutko cykał na mojej dłoni. Wskazówki przemieszczały się po woli. Ziewnąłem nie odwracając wzroku od tarczy. Kiedy już wybiła 'moja godzina' chwyciłem za klamkę, po czym wkroczyłem do klasy. Trwała już normalna lekcja, uczniowie w swoich ławkach bazgrali coś w zeszytach, a nauczyciel szarpał kredą po tablicy. Moje wejście wywołało małe zamieszanie. Wszyscy, oprócz Annemarie, porzucili swoje dotychczasowe zajęcia i patrzyli na mnie. Przełknąłem ślinę, zaciskając mocno dłonie na książkach.
- Przepraszam, za spóźnienie...pani profesor - odparłem lekko zachrypniętym głosem.
- To ty jesteś nowym uczniem?- zapytała młoda kobieta, odchodząc od tablicy i podchodząc biurka. Usiadła na krześle i otworzyła leżący przed nią dziennik. - Pan Harry Williams? - kiwnąłem głową - Zajmij miejsce. A klasa niech wraca do pracy, a nie się obija!
Według polecenia usiadłem w wolnej ławce, na końcu sali. Lekcja minęła wyjątkowo szybko. Kiedy zadzwonił dzwonek, nie za bardzo wiedziałem, co się dzieje. Wszyscy podnieśli się z miejsc i opuścili klasę robiąc przy tym dużo hałasu. Wychodząc rzuciłem spojrzenie na klasę - Anne pakowała się jeszcze. Postanowiłem zaczekać na nią.
<Anne?>
piątek, 23 września 2016
Od Annemarie CD Harrego
Prychnęłam teatralnie i dumnie zadzierając podbródek, wyszłam z pokoju. Moje dłonie kurczowo zacisnęły się na podręczniku do literatury, który mocno przyciskałam na piersi. Tak że jego ostre krawędzie wpijały mi się w obojczyk. Usłyszałam za plecami cichy, gardłowy śmiech i zacisnęłam usta w wąską linię. Na ogół nie przeszkadzały mi żarty z podtekstami, ale Harry nieświadomie ubódł jakąś wewnętrzną, nieodkrytą cząstkę mnie. Kiedy przeszłam obok niego, poczułam, że papierosy nieco wywietrzały, a zastąpił je jakiś inny zapach. Nie odpowiedziałam, bo pewnie wkopałabym się znacznie bardziej. Więc po prostu zatrzymałam się o krok od drzwi sypialni chłopaka, gdy mocował się z lekko zardzewiałym zamkiem. Teraz mogłam na spokojnie przyjrzeć się jego profilowi. Długie jak na mężczyznę rzęsy, pod którymi skryły się duże oczy, rzucały cień na policzki obsypane śniadymi piegami. W skupieniu komicznie marszczył brwi. Odgarnął z przystojnego czoła krótkie, brązowe włosy, napinając szczękę. Złapałam się na myśleniu, że był nawet ładny. Kiedy z triumfalnym uśmiechem wyjął klucz z drzwi, odwróciłam się prędko ku schodom, żeby nie dostrzegł bladego rumieńca, który owiał moje poliki.
- Tamten pierścionek... Czym on jest? - zapytałam znikąd, trzymając się barierki.
Jego ramiona wyraźnie się spięły, ale twarz nie zdradzała nadal niczego. Gdy zatrzymałam się na środkowym stopniu, Harry również przystanął, aby na mnie nie wpaść.
- Słuchaj no, została niecała minuta do lekcji, jeżeli się nie pośpieszysz, to będę musiał wziąć cię na ręce - Usta wykrzywiły mu się w zawadiackim grymasie.
Położył mi dłoń na plecach, tak jakby chciał mnie zepchnąć, lecz nie zrobił niczego. Przeszły mnie dreszcze.
- Jeszcze czego - fuknęłam i zbiegłam na parter.
Wszystkimi siłami próbowałam nie parsknąć śmiechem, kiedy udawał, że mnie goni. W ten sposób dotarliśmy pod klasę szybciej, niż zwykle. Zmusiłam się do głębszego oddechu, kładąc rękę na klamce, ale nie naciskając jej.
Harry?
- Tamten pierścionek... Czym on jest? - zapytałam znikąd, trzymając się barierki.
Jego ramiona wyraźnie się spięły, ale twarz nie zdradzała nadal niczego. Gdy zatrzymałam się na środkowym stopniu, Harry również przystanął, aby na mnie nie wpaść.
- Słuchaj no, została niecała minuta do lekcji, jeżeli się nie pośpieszysz, to będę musiał wziąć cię na ręce - Usta wykrzywiły mu się w zawadiackim grymasie.
Położył mi dłoń na plecach, tak jakby chciał mnie zepchnąć, lecz nie zrobił niczego. Przeszły mnie dreszcze.
- Jeszcze czego - fuknęłam i zbiegłam na parter.
Wszystkimi siłami próbowałam nie parsknąć śmiechem, kiedy udawał, że mnie goni. W ten sposób dotarliśmy pod klasę szybciej, niż zwykle. Zmusiłam się do głębszego oddechu, kładąc rękę na klamce, ale nie naciskając jej.
Harry?
środa, 21 września 2016
Od Harrego CD Annemarie
- Otwarte! - zawołałem, stojąc w samych bokserkach i swetrze, przed łóżkiem, grzebiąc w torbie w poszukiwaniu jakiś czystych spodni. Usłyszałem jak ktoś naciska delikatnie na klamkę, po czym drzwi otwierają się. - Jak myślisz, które wybrać?
Obróciłem się twarzą do Anne, która stała w progu, trochę speszona, natrętnie poszukując mojego spojrzenia, tylko po to, by nie zerknąć choćby na chwilę, poniżej pasa. Zaśmiałem się i chwyciłem szybko parę czarnych jeansów leżących na wierzchu sterty, które w ułamku sekundy włożyłem na nogi.
- Dziękuję ci bardzo. - odpowiedziała dziewczyna, wydychając głośno powietrze z płuc. - Gotowy?
Pokiwałem głową i podszedłem do biurka, na którym miałem ułożone książki. Wszystkie pachniały nowością. Przekartkowałem powoli literaturę rozkoszując się tym zapachem. Nigdy nie lubiłem czytać czy uczyć się, ale uwielbiałem wszystkiego próbować, dotykać, wąchać.
- Czemu go dzisiaj nie założyłeś? - usłyszałem zza pleców. Anne usiadła właśnie na łóżku, które w ogóle nie zaskrzypiało pod jej ciężarem. Leżący wcześniej na komodzie sygnet, spoczywał teraz w jej dłoniach. Przez chwilę zawahała się czy nie włożyć go na palec. Zrezygnowała w końcu i odłożyła go na miejsce.
- Możemy już iść. - zignorowałem jej pytanie, uśmiechając się teraz trochę sztucznie. Podszedłem do drzwi i otworzyłem je. - Nie chcę cię wyganiać. Wiedz, że mile widziana jesteś w moim łóżku - blondynka przewróciła oczami i podniosła się z materaca - Możemy wrócić tutaj po lekcjach...
<Annemarie?>
Obróciłem się twarzą do Anne, która stała w progu, trochę speszona, natrętnie poszukując mojego spojrzenia, tylko po to, by nie zerknąć choćby na chwilę, poniżej pasa. Zaśmiałem się i chwyciłem szybko parę czarnych jeansów leżących na wierzchu sterty, które w ułamku sekundy włożyłem na nogi.
- Dziękuję ci bardzo. - odpowiedziała dziewczyna, wydychając głośno powietrze z płuc. - Gotowy?
Pokiwałem głową i podszedłem do biurka, na którym miałem ułożone książki. Wszystkie pachniały nowością. Przekartkowałem powoli literaturę rozkoszując się tym zapachem. Nigdy nie lubiłem czytać czy uczyć się, ale uwielbiałem wszystkiego próbować, dotykać, wąchać.
- Czemu go dzisiaj nie założyłeś? - usłyszałem zza pleców. Anne usiadła właśnie na łóżku, które w ogóle nie zaskrzypiało pod jej ciężarem. Leżący wcześniej na komodzie sygnet, spoczywał teraz w jej dłoniach. Przez chwilę zawahała się czy nie włożyć go na palec. Zrezygnowała w końcu i odłożyła go na miejsce.
- Możemy już iść. - zignorowałem jej pytanie, uśmiechając się teraz trochę sztucznie. Podszedłem do drzwi i otworzyłem je. - Nie chcę cię wyganiać. Wiedz, że mile widziana jesteś w moim łóżku - blondynka przewróciła oczami i podniosła się z materaca - Możemy wrócić tutaj po lekcjach...
<Annemarie?>
wtorek, 20 września 2016
Od Annemarie CD Harrego
Szare oczy przesunęły się po dzierżonej przez chłopaka paczuszce, aż po jego piegowatą twarz. Rozchyliłam odrobinę usta, wypuszczając nimi wstrzymywanie powietrze, po czym pokręciłam głową. Poruszyłam wargami jakbym chciała powiedzieć ,,Nie palę" i podarowałam mu przesłodzony uśmiech. Wstałam z wiklinowego fotela dokładnie w tym momencie, kiedy Harry wyszedł na taras. Odniosłam uroczą, błękitną filiżankę wraz ze spodkiem do kompletu do kuchni, żeby oszczędzić Isabelle roboty. Ta kobieta i tak się dla nas wszystkich poświęcała. To samo zrobiłam z pustym naczyniem chłopaka, żeby zająć czymś ręce do jego powrotu. Gdy brązowa czupryna pojawiła się w oknie tarasowym, podniosłam się ponownie, odgarniając z czoła niesfory kosmyk.
- Chodźmy - oświadczył i potarł obiema dłońmi o uda.
Tym razem nie spodobał mi się otaczający go tytoniowy zapach, był zbyt mocny i zupełnie wyparł zmysłową kawę.
- Masz mało czasu na przebranie się - Przechyliłam głowę jak zaciekawiony ptaszek i wycelowałam palcem w blednącą powoli plamę.
- Nie martw się o mnie, blondyneczko - odparł z czającym się w kącikach ust figlarnym uśmiechem. - Zawsze możesz mi pomóc, będzie szybciej.
Parsknęłam dźwięcznym śmiechem, odrzucając głowę do tyłu.
- Może innym razem - obwieściłam i nie czekając na jego kolejny ruch, wbiegłam po schodach do swojej sypialni. Zgarnęłam potrzebne książki, odruchowo zerknęłam w lustro, chociaż nie poprawiałam makijażu ani włosów, które zawsze falami opadały mi na ramiona. Wygładziłam jeszcze kremowy sweterek, zanim zapukałam do drzwi Harrego.
Harry?
- Chodźmy - oświadczył i potarł obiema dłońmi o uda.
Tym razem nie spodobał mi się otaczający go tytoniowy zapach, był zbyt mocny i zupełnie wyparł zmysłową kawę.
- Masz mało czasu na przebranie się - Przechyliłam głowę jak zaciekawiony ptaszek i wycelowałam palcem w blednącą powoli plamę.
- Nie martw się o mnie, blondyneczko - odparł z czającym się w kącikach ust figlarnym uśmiechem. - Zawsze możesz mi pomóc, będzie szybciej.
Parsknęłam dźwięcznym śmiechem, odrzucając głowę do tyłu.
- Może innym razem - obwieściłam i nie czekając na jego kolejny ruch, wbiegłam po schodach do swojej sypialni. Zgarnęłam potrzebne książki, odruchowo zerknęłam w lustro, chociaż nie poprawiałam makijażu ani włosów, które zawsze falami opadały mi na ramiona. Wygładziłam jeszcze kremowy sweterek, zanim zapukałam do drzwi Harrego.
Harry?
Subskrybuj:
Posty (Atom)


